Nigdy nie przeżywałem rozpaczniej tego ukochanego wielkopiątkowego nabożeństwa.
Wyszedłem z kościoła, a poprzez szeroko otwarte drzwi płynęła za mną ostatnia pieśń gorzkich żalów:
„Żegnaj mi, głowo święta w cierniowej koronie...”
Noc już zapadała, gdym zdążał do naszej wsi — bo z Góry, z kościoła, było blisko cztery kilometry — nagle zaleciał mnie zapach białych róż.
Chory lęk skręcił mi serce, nie mogłem tchu zaczerpnąć, i co sił starczyło, popędziłem do domu.
Mama otarła spoconą twarz, zaniepokojona, co mi się stało, ale ją szybko uspokoiłem.
— Słuchaj, Stasiu, znałeś ty go?
— Kogo?
— No, przeczytaj — podała mi numer „Dziennika Poznańskiego”: „Młodociany samobójca”... a pod tym nagłówkiem opowieść o samobójstwie ucznia trzeciej klasy, syna akuszerki, który odebrał sobie życie, ponieważ nie otrzymał promocji...
Odtąd począłem wciąż i wciąż myśleć o śmierci, aż dopóki mi się nie stała bliska i zażyła — nie tylko myśleć, ale tak się w nią wżywać, że już wtedy mógłbym jej zapytać: