Rabski chciał przemówić nad grobem Deichsla, ale policja pruska, obecna wówczas przy narodzinach, ślubach, pogrzebach itd., nie pozwoliła na to.

Na chwilę muszę się cofnąć wstecz67.

Jak już powiedziałem wyżej, nie znam w życiu moim żadnej przypadkowości: wszystko rozwijało się w nim z jakąś nieubłaganą, żelazną logiką — nie ma w nim nawet najbłahszego zdarzenia, które by nie było aż nazbyt obfite w skutki, doniosłością swoją niestojące w żadnym stosunku z drobniuteńkim na pozór przeżyciem.

W gimnazjum wągrowieckim odbył się raz popis starszych uczniów — był to rodzaj koncertu, w którym i ja miałem występować, bo w małym miasteczku dawno się już rozniosło, że tu i ówdzie, gdziekolwiek się u jakiegoś z moich współuczniów znalazł fortepian, „wyrąbywałem” z ogromnym rozmachem Szopena.

Opierałem się, bo nie mogłem sobie wyobrazić większej męczarni nad występ publiczny — zdawało mi się, że spalę się ze wstydu, gdy się tylko ukażę na „estradzie” — ale wola profesora rysunków i śpiewu miała zadecydować nie tylko o konieczności mego współudziału w koncercie, ale poniekąd rzucić ostry cień w moją przyszłość.

Ranek sam nie zapowiadał nic dobrego: gdym się obudził na moim poddaszu u jakiegoś krawczyny — który miał tę zdumiewającą właściwość, że jeżeli w niedzielę się upił, to dopiero w piątek chorował, a przez sobotę i niedzielę klin klinem wybijał — ujrzałem na mojej kołdrze warstwę śniegu, bo dach był dziurawy, po południu zaś skonstatowałem, że mi lewa ręka wskutek odmrożenia napuchła, a pod wieczór byłem już w największej rozpaczy.

Jak się znalazłem na estradzie i przy fortepianie, tego już dzisiaj nie rozumiem — może być, że wlał we mnie cokolwiek otuchy kolega mój, Napoleon Rutkowski, twórca pięknej piosenki, znanej dziś w całej Polsce, do słów Tetmajera: Mów do mnie jeszcze, z którym na pierwszy ogień grałem na cztery ręce Drugą Rapsodię Liszta, a już potem — ośmielony i oklaskami wywoływany — zagrałem własną (!!) kompozycję.

Na drugi dzień otrzymałem zaproszenie do domu bogatych Żydów, Seligsohnów, bym dwóm panienkom udzielał lekcji muzyki na fortepianie.

Odtąd począłem utrzymywać się z lekcji muzyki. To by oczywiście nie miało żadnego znaczenia, ale wdowa pani Seligsohn krótko przed moją maturą przeniosła się do Berlina, a gdym przyjechał na uniwersytet berliński, dowiedziała się o tym zaraz od krewnych swoich w Wągrowcu i najserdeczniej zaprosiła do swego domu. I tu poznałem bardzo ciekawego człowieka, niezwykle inteligentnego lekarza, człowieka o szerokim intelektualnym zakroju, dra Maxa Ascha.

Więcej artysta aniżeli lekarz, od razu gorąco mną się zainteresował, nie tylko to: przylgnął wprost do mnie, a nasze pierwsze poznanie skończyło się na tym, żeśmy w gorącej dyspucie przewędrowali dobre dwie godziny z placu Belle-Alliance, aż het, na północ, poza Wedding, gdziem u jakiegoś wiecznie pijanego Steinträgera68 odnajmował izdebkę.