Przez cały następny dzień nie byliśmy w stanie do siebie przemówić, zdawało nam się, żebyśmy sprofanowali to olbrzymie wrażenie, jakie ten twór na nas wywarł, gdybyśmy o nim mówili.

Ile w tym wszystkim pięknej, rozegzaltowanej mocy, ile płomienistej siły i wiary w jakąś świetlistą, słoneczną przyszłość ludzkości, rządzonej jedynym prawem bezwzględnej sprawiedliwości, równości i braterstwa!

Oh, n’y pouvoir, n’y vouloir mourir, un peu64!

Jak dziś widzę zdumioną i szczerze zafrasowaną twarz profesora Niemca, który wykładał historię, gdy Deichsel począł na lekcji rozwijać swoje poglądy na rewolucję francuską w oświetleniu socjalisty Blosa65! Gdyby poczciwy profesor Frenzel, swoją drogą najświatlejszy i najwięcej ludzki między profesorami, jakich w ogóle zaznałem, nie był się nami oboma już od dawna gorąco interesował, nie byłaby kochanemu Bolesiowi jego apologia rewolucji na sucho uszła.

Ale Deichsel był tylko pięknym, cieplarnianym kwiatem. Zaledwie rozkwitł pierwszą swoją wiosną, śmierć go ścięła. W mej pamięci żyje gdyby66 jakiś wytworny Huysmansowski Certain, który zawsze miał wiele więcej do powiedzenia niż tylu i tylu literatów razem, a jeżeli nic nie powiedział innym, cóż z tego? wszak ja kiedyś majaczyłem o „jedynym dla jedynego” — w Deichslu ziściła się moja tęsknota, a może i jego we mnie.

Z Rabskim łączyła mnie gwałtowna, ale krótka przyjaźń; możliwe, że obok Deichsla nie było miejsca w mym sercu dla kogokolwiek innego, możliwe, że już wówczas dla bystrego oka pozytywisty, jakim Rabski miał już całe życie pozostać, kierunek, jaki moja dusza już dawno wtedy obrała, stał się od razu antypatyczny i odtrącił go ode mnie, bo przecież później nie zwalczał Rabski niczego z taką zaciekłością, jak „przybyszewszczyzny” — tego „dlaczego” i „czemu”, by dojść do źródła tych przyczyn, nigdy nie byłem w stanie zrozumieć — dość, że gdyśmy się znowu spotkali na uniwersytecie w Berlinie, byliśmy już sobie całkiem obcy.

A jednak z prawdziwą wdzięcznością wspominam Rabskiego — przeleciał przez moje życie twórcze jak nagły, olśniewający meteor. On sam prawdopodobnie nie wie ani nie zdaje sobie z tego sprawy, jaką rolę w mojej umysłowości odegrał — nie to, by mnie zapłodnił, ale srebrnym medalikiem, jakim obdarzył moją duszę, wzbogacił ją już tym samym, że na drodze mego życia chwilkę przystanął; uświadomił w niej dużo rzeczy, które by pewnie jeszcze długo na uświadomienie czekały, przyśpieszył rozwój mej duszy, który odtąd tak gwałtowne przybrał rozmiary, że z chwilą gdym wstępował na uniwersytet, dokładnie już drogę znałem, wiedziałem, czego chcę i dokąd pójdę.

Aha! Od Rabskiego dowiedziałem się po długim czasie bliższych szczegółów o Kasprowiczu. Rabski kolegował z nim przez dłuższy czas w Gimnazjum Panny Marii w Poznaniu, zdaje się, że zbliżyli się w tym czasie do siebie, a może nigdy nie mówił Rabski o nikim z taką czcią, jak o swoim starszym koledze — Kasprowiczu.

W jego opowiadaniach wyrósł Kasprowicz na jakąś bogatą złotą legendę, na olbrzyma, wobec którego Rabski czuł się mały i pokorny: „Na moje wiersze” — żalił się Rabski przede mną — „machnął tylko ręką”.

„Cóżby dopiero był powiedział Kasprowicz na moje wiersze!” — pomyślałem z lękiem, boć i ja wówczas wiersze pisałem!