Ale wkrótce rozwiał się bogaty sen „bygmestra Solnessa”, by stworzyć jakąś niebywałą i zdumiewającą katedrę. Rozpoczęła się nieskończenie żmudna — techniczno-matematyczna praca, której już podołać nie mogłem. Pragnąłem kreślić gotyckie ostrołuki, a byłem zmuszony ślęczeć całymi dniami nad znienawidzonym attyckim brusowaniem świątyń greckich; miast106 kolumny — Ain Soph — z której wytryskują na całą świątynię płomienie Świętego Ducha (porównaj niezrównany kościółek św. Krzyża w Krakowie lub kaplicę na zamku w Lublinie), byłem zmuszony rysować bez końca kapitele jońskie, doryjskie107 i korynckie; byłem zmuszony wniknąć w tajemnice ciesiołki i prostego murarstwa, a co mnie najwięcej przerażało: zająć się rachunkiem całkowym i różniczkowym.
Temu podołać nie mogłem, a może i nie chciałem, bo w tym samym czasie opętała mnie nauka biologii — a właśnie wtedy stawała się biologia nauką.
A ja poonczas jeszcze wierzyłem, biedactwo, że całe zbawienie znajdę w ścisłej nauce. Jeszcze mi się po głowie plątał i Büchner, i Vogt108, i Moleschott109, mimo to że dusza moja już całkiem innymi szlakami kroczyła.
Straszne to à rebours własnej duszy — niepojęte prawo, które całym życiem moim zawładnęło. Wciąż jeszcze przeżywam tę długą bezsenną, rozpaczliwą noc, w której postanowiłem nade wszystko ukochanym rodzicom moim — a wiedziałem, jak ich strapię — przesłać uroczyste doniesienie, że minąłem się z moim powołaniem: porzucam architekturę i przenoszę się na medycynę110.
Skutek był fatalny: odebrano mi małe stypendium familijne Musolffa111, bo na „eksperymenta” pieniędzy nie było. Rodzice pomagać mi nie mogli. Ach! Jakie to wszystko smutne — te lata ciężkiej udręki, nędzy ostatniej, a może błogosławione lata, bo mi dano, a raczej kazano wymierzyć całą otchłań tej sale corvée de la vie112.
I jaka szkoda, że żywotna siła moja sprzeciwiła się „złemu”. Przecież już raz doszedłem na drodze ascetyzmu, po trzytygodniowym głodzeniu się, do tej doskonałości, żem na ulicy padł zemdlony.
Maluczko jeszcze, a byłbym przestąpił próg, który tylko za pomocą — wszystko jedno czy dobrowolnej, czy wymuszonej — ascezy przestąpić można.
A że i koniecznością wskazana asceza może z biednego człowieka stworzyć coś w rodzaju mahatmy, miałem sposobność przekonać się, gdym słuchał objawień przyjaciela mojego, Piotra Hille113, który po długich błąkaniach po całym Berlinie przywędrował wreszcie do mnie w ostrym stanie delirium głodu.
A o tym „Mahatmie” jeszcze nieraz pomówię.
Na razie wracam do dra Ascha.