Nic więcej go nie interesowało nad długie debaty o Stirnerze114 i o Nietzschem, jakie bezustannie z sobą prowadziliśmy.
Może mało jest ludzi w Polsce, którzy by o tym wiedzieli, że o istnieniu Nietzschego dowiedziały się Niemcy — od szwedzkiego pisarza, Oli Hanssona.
Ola Hansson115, Szwed, proskrybowany przez swoją ojczyznę, wskutek swych „radykalnych”, „wywrotowych” przekonań i aż nazbyt „śmiałych” swoich nowel, uciekł — literalnie uciekł do Niemiec, gdzie znalazł bardzo gościnny przytułek w pięknej miejscowości pod Berlinem — w Friedrichshagen, gdzie poonczas gnieździła się cała literacka bohema Niemiec.
Mieszkali tam bracia Henryk116 i Juliusz Hart117, pierwsi, którzy znojne i ciężkie walki staczali o naturalizm Zoli w gwałtownych broszurach, ochrzczonych dosadnym mianem: Kritische Waffengange, a odwagę, butę i zajadłość, z jaką rzucali się na „starą” sztukę i ją zwycięsko zwalczali, przypłacili tym, że bezustannie żyli w ostatniej nędzy. A kiedy po latach całych znalazł się jakiś minister oświaty, który chciał Henrykowi Hart dopomóc, by mógł wykończyć swoje, na olbrzymią miarę zakrojone epos: Lied der Menschheit, Henryk odrzucił wysokie stypendium, bo było zawarunkowane kautelą, iż nigdy nic nie napisze, co by mogło godzić w „posady państwowości”.
Tam też mieszkali i Arno Holz118, i Johannes Schlaf119, nieodłączna poonczas para dioskurów — dziesięć lat później jęli się zwalczać w zaciekłej nienawiści — jeden i drugi odegrali ważną rolę w przełomowej walce realizmu z idealizmem. Wychowankiem ich, przez nich najusilniej protegowanym i wycackanym pupilem był Gerhart Hauptmann120, który wtedy jeszcze miał tyle wdzięcznej odwagi, by pierwszy swój dramat — kto wie, czy nie najlepszy — Vor Sonnenaufgang121 poświęcić „den einzigen konsequenten Realisten — Arno Holz und Johannes Schlaf122”. Ten sam Gerhart Hauptmann, który istotnie niezmiernie dużo zawdzięczał jednemu i drugiemu — bo nie wiadomo, kto więcej nad tym dramatem pracował, oni czy on — a potem, gdy nadspodziewanie szybko w sadło porósł i już owładnął Lessing-teatrem, usilnie przeciwko temu zabiegał, by bez porównania lepszy i głębszy dramat obydwóch, Die Familie Selicke, nie został wystawiony na tej jedynej scenie, której kierownik, Otto Brahm, umiał w bajeczny sposób wyzyskać daną koniunkturę i teatr swój oddał na usługę „konsekwentnemu realizmowi” Hauptmanna.
Och, jaki ten „konsekwentny realizm” był już od samego początku łagodny, kompromisowy; tak doskonale okiełznany i wyfraczony realizm, że cała, nawet najwięcej zacietrzewiona burżuazja od razu jednym słowem ryknęła:
„Taki realizm rozumiemy i taki jedynie ma prawo bytu!”
Wprawdzie była na pierwszym przedstawieniu Przed wschodem słońca, na którym i ja wraz z drem Aschem byłem obecny, przykra burda, bo niejaki fanatyk idealizmu — dr Kaftan (nomen omen, bo temu histerykowi należał się „kaftan” bezpieczeństwa) wyciągnął nagle w scenie, w której za kulisami połóg się odbywa, olbrzymie szczypce połogowe, wymachiwał nimi i ryczał na cały głos: „Hier Hilfe!123”. Ale pan Kaftan wyleciał z piorunującą szybkością na świeże powietrze, a cała awantura zjednała Hauptmannowi tylko większą jeszcze sławę, tak że już drugi jego dramat — całkiem już (i to w najłagodniejszym tempie) ujeżdżony źrebak mógł sobie swobodnie, bez najmniejszego protestu hasać po scenie.
Dramatu tego, Friedensfest, ponoć się Hauptmann później wstydził. Niegodnie wyzyskał gościnę, jakiej mu dr Wedekind, ojciec Franka Wedekinda124, udzielił. Z brutalną, ordynarną i całkiem fotograficzną wiernością odtworzył stosunki familijne, jakie panowały w rodzinie Wedekindów w Zurychu. Toteż wobec Franka Wedekinda nie można nawet było wspomnieć o Hauptmannie.
Biedne te Niemcy, że tylko Hauptmannem się szczycą — a przecież w utworach jego nie napotkasz nigdzie jakiejś głębszej myśli, nigdzie nie ujrzysz jakichś rozległych horyzontów; tam gdzie się sili na symboliczne ujęcia wypadków, tworzy suchy, płytki, naiwnie przezroczysty symbolizm, jak w Dzwonie zatopionym lub I Pipa tańczy — rozczulająco bezradny symbolizm, bo z tych wszystkich obsłonek wszędzie wyłazi „konsekwentny naturalizm”; a gdziekolwiek Hauptmann uchwyci pierwiastek symboliczny, w tej chwili dusi go i dławi realistyczną metodą, bo mózg jego za słaby, by zdołał dotrzeć do tych praiłów, w których wszechrzecz staje się według orzeczeń Goethego „ein Gleichnis125”.