W zarządzie partii niemieckiej jedyny Auer149 patrzył podejrzliwie na poczynania, coraz jaśniejsze i wyraźniejsze nasamprzód za czasów redakcji Ignacego Daszyńskiego, a następnie Stanisława Grabskiego. Auerowi nie było w smak to bezustanne podkreślanie polskości polskich robotników socjalistów — toteż witał nas już u drzwi ironicznym okrzykiem: „Polen kommt! Polen kommt150!”. Bebel zachowywał się obojętnie, zbyt dobrze wiedział, że z tej mąki — to znaczy z polskiego robotnika — chleba nie będzie; z całą zaś sympatią odnosił się do partii stary Liebknecht, jedna z najpiękniejszych i czci najgodniejszych postaci, jakie w ogóle w mym życiu poznałem; a zachwycający był stary Singer, bogaty fabrykant żydowski, ale wiernie „sprawie” oddany, kiedy raz po raz sypnął ostatnim dowcipem, który posłyszał w słynnej Börsen-Café, a wiadomo, że wytwórnią najlepszych dowcipów to — giełda.
Rychło uporała się policja berlińska z Daszyńskim, a i Grabski, poddany rosyjski, czuł, że i jego bytowania w Berlinie długo nie będzie: coraz boleśniej przygrzewała mu stopy cała sfora szpiclów, więc w sam raz, w przededniu, kiedy go w triumfie paru szpiclów odstawiło do granicy, powierzył mi redakcję „Gazety Robotniczej”.
Ponieważ byłem pruskim poddanym, nie można mnie było wyrzucić, a ponieważ nie znałem innej religii nad ukochanie cierpienia i nędzy ludzkiej — nie! nie ludzkiej, tylko nędzy pracujących, wydziedziczonych, oszukiwanych, wyzyskiwanych — więc z rozkoszą objąłem w „Gazecie Robotniczej” krzesło redakcyjne.
Już Grabski ośmielił się krytykować Marksa i Lassalle’a — ja poszedłem dalej.
Stara międzynarodówka polska starała się na robotnika polskiego w ten sposób działać, aby przede wszystkim oderwać go od Kościoła i wyzbyć go wszelkich wierzeń religijnych.
„Chytry Wielkopolanin”, jak mnie nazwał jeszcze w Krakowie pan Ehrenberg151, obecny redaktor „Kuriera Porannego”, nie wspomniał ani razu o Marksie ani o Lassalle’u.
To Hekuba dla robotników polskich, przeważnie analfabetów.
Natomiast powoływał się bezustannie na Ewangelię, na pisma Ojców Kościoła152, św. Ambrożego153, Tertuliana154, Laktancjusza155, rozpoczął walkę z konserwatywno-katolicką, na wskroś niemiecką, ale w polskim języku redagowaną prasą na Górnym Śląsku, której najzjadliwszym organem był bytomski „Katolik” pana Napieralskiego — znacie go chyba z wojennych czasów; pisał ogniste artykuły, co by się stało z Chrystusem, gdyby się teraz zjawił na ziemi; a artykułem pt: Siedem kłamstw „Katolika” zjednał sobie „chytry Wielkopomlanin” nawet życzliwe poklepywanie po ramieniu przez Londyn!
Ale mimo to Londyn kwaśno się uśmiechał. Socjalizm bez Marksa! Socjalizm bez radykalnego wykorzenienia wiary z robotnika — horror i herezja! Ale na razie trzeba było odczekać. Liczba abonentów stale wzrastała, pismo docierało i do Galicji, i do Kongresówki. Kolportowano je gorliwie w Królewskiej Hucie, Bytomiu, Katowicach, Szarleju, bom właśnie na Górny Śląsk, to główne w onym czasie zbiorowisko mas robotniczych polskich, zwrócił całą moją uwagę: zbyt dobrze wiedziałem, że z rolnym robotnikiem w Księstwie Poznańskim nic począć nie można, ale wreszcie snadź przeholowałem. W tym samym czasie, w których mnie w Księstwie Poznańskim wyklinano z ambon, zostałem oskarżony o „propagandę katolicką” przed zarządem partii niemieckiej i anim się spostrzegł, a już towarzysz Mokłowski156, niezmiernie zdolny architekt, który po sobie pozostawił świetne dzieło o budownictwie polskim, zajął moje miejsce.
To by było jeszcze pół biedy.