Barkarola! ta niezrównana pieśń nad pieśniami — jak łatwo ją usłyszeć w przeróbce, genialnej wprawdzie, ale zawsze w przeróbce — w Feuerzauber Wagnerowskiego147 dramatu Götterdammerung i Liebestod w Tristan und Isolde!

Mógłbym dużo jeszcze powodów przytoczyć, dlaczego w pierwszej mej książczynie, pisanej po niemiecku a zatytułowanej Chopin und Nietzsche, zestawiłem Nietzschego z Szopenem, ale zajęłoby to zbyt dużo miejsca, bo już musiałbym teraz rozwijać całą moc psychologicznych problematów, które wonczas w moim mózgu się kotłowały, a raczej jasno już się krystalizowały.

Pisałem tę książczynę, a raczej broszurkę, luźnymi kartkami, tak od niechcenia, bo ta niewiarogodna myśl, by to miało być kiedyś drukowane, nie powstała w mej głowie. Pisałem to dla siebie, tak ot! na marginesie dzieł Nietzschego.

Nietzsche zdawał sobie jak najzupełniej sprawę, że w swoich zamierzeniach psychologiczno-filozoficznych nie da sobie rady bez znajomości nauk przyrodniczych, toteż, jak wiadomo, zamierzał krótko przed swoją chorobą udać się do uniwersytetu wiedeńskiego, by tam gruntownie zapoznać się przede wszystkim z biologią, o której miał tylko słabiuteńkie wyobrażenie. Nie dziw zatem, że wpływu na mnie wywrzeć nie mógł, właśnie w tym czasie, gdym przetwarzał w moim mózgu zasady psychofizjologii, a nawet napisałem pracę o „progu świadomości” Fechnera148 — oczywiście nie dla siebie, ale dla jakiegoś pana, któremu zachciało się być doktorem, a sam tej doktorskiej pracy napisać nie umiał.

Trzeba bowiem wiedzieć, że istniało poonczas w Berlinie biuro, które bogatym doktorantom dostarczało prac, na mocy których otrzymywali doktorat.

Otóż pracą w tym biurze zdobywałem sobie środki do życia — błogosławione biuro, bo nie wiem, jakbym inaczej był się na uniwersytecie utrzymał.

Napisałem kilka tych prac: jedną o wyprawie Napoleona na Moskwę — dużo przy tym zyskałem, bom poznał całą jego korespondencję z tych czasów, wydaną przez Napoleona III; pisałem o wpływie chloroformu na organizm zwierzęcy; jedną pracę z zakresu histologii, a mianowicie o tworzeniu się zębów u embrionów; inną zasię o najnowszych teoriach układu komórki organicznej; no i wreszcie o tym progu świadomości.

Ponieważ jednak doktorant przy egzaminie w Zurychu nie miał wyobrażenia o tym nieszczęsnym progu, nie wiedział nawet, że go logarytmem wyrazić można, więc sromotnie przepadł — praca jego wywołała silne podejrzenia — po nici doszło się do kłębka i jednego dnia zastałem biuro puste: pan dyrektor zdołał się w sam czas ulotnić.

A katastrofa ta przypadła właśnie na ten czas, kiedy krótko przedtem zapoznałem się z Stanisławem Grabskim, którego wtedy policja polityczna berlińska bardzo uważnie i czujnie śledziła.

Istniało wtedy w Berlinie pismo dla polskich robotników socjalistów: „Gazeta Robotnicza”, subwencjonowana przez zarząd socjalistycznej partii niemieckiej, ale ciesząca się jak najzupełniejszą autonomią i w niczym przez partię niemiecką ani kontrolowana, ani krępowana — mogłaby równie dobrze służyć interesom międzynarodówki, jak usilnemu pragnieniu, by stworzyć odrębną socjalistyczną partię polską.