— Słyszałem, że pan zbytnio Goethego nie uwielbia, ale trzeba panu wiedzieć, że żaden z nas nie położy się do łóżka, zanim nie przeczyta przynajmniej dziesięciu stronic z pism Goethego. A czymże jest nasz Ludwik Hoffmannsthal215? — wszak to tylko odświeżony starczy Goethe; a nasz Herman Bahr216? Przecież to tylko wcale niezła klisza młodego Goethego, a może nawet i tego, który poznał Napoleona i tak się do niego rozpalił, że zamyślał przenieść się do Paryża.

A fatalny bigos powstał w niemieckiej literaturze, gdy chciano w jakiśkolwiek sposób skojarzyć Goethego z Zolą, Turgieniewa z Spielhagenem217, a biednego Hauptmanna z Ibsenem!

Właściwie nie przeżyła Jung-Deutschland tej wielkiej, przełomowej chwili, którą nazwą „naturalizm” ochrzczono: ta Jung-Deutschland ubóstwiała francuski i skandynawski naturalizm, ale nie pozostawiła ani jednego istotnie naturalistycznego dzieła po sobie, chyba że się pod tę szufladkę skataloguje powieść Bleibtreua218 Grössenwahn lub Conradiego219 Adam Mensch — reszta dokumentów z tego czasu naturalizmu niemieckiego dawno przestała istnieć.

Jeżeli coś na coś w ogóle zakrawało, to wszystkimi szparami Goethe wyłaził: „Goethe, Goethe und kein Ende220”! — I poza Goethego Młode Niemcy wyjść nie zdołały.

Niemcy przeżywały intensywnie wszystkie prądy literatur Zachodu, Północy i Wschodu, ale twórczo nie brały żadnego w nich udziału — całkiem jak u nas w Polsce. Jeżeli mowa o naturalizmie, tośmy mieli chyba jedyną jego przedstawicielkę: Gabrielę Zapolską.

Trudno by opisać całą tę materialną nędzę, w jakiej ta kolonia niemieckich „światoburców” żyła. A publiczność niemiecka była tak niesłychanie zacofana, że tych „konsekwentnych realistów”, łagodnych i oswojonych naturalistów uważała za światoburców. Przecież wystawienie Upiorów Ibsena na niemieckiej scenie wywołało większe jeszcze zgorszenie niż reprodukcja rzeźby wielkiego twórcy Vigelanda221, chluby muzeum państwowego w Trondhjem (Norwegia), w „Życiu” krakowskim za mojej redakcji, z tą tylko różnicą, że Upiory mimo wściekłych protestów zostały na scenie, a konfiskata całego nakładu „Życia” przyśpieszyła jego skon.

Każde śmielsze wyrażenie ściągało na artystę niemieckiego piekielne gromy oburzenia, a pamiętam, jaki huragan powstał w krytyce niemieckiej, gdy jakiś bohater powieści „wyrzygał z obrzydzenia duszę”.

A każden z tych światoburców i bardzo łagodnych ideologów-teoretyków, który o głodzie i chłodzie wyzwalał ludzkość, głosił trzeci testament dla proletariatu i był gorącym wyznawcą mesjanizmu Marksa-Lassalle’a.

Bruno Wille był przez parę lat ruchliwym agitatorem socjalistycznym, organizował masy robotnicze, stworzył dla nich „Freie Volksbühne, wygłaszał dla nich odczyty, recytował swoje wiersze, przeprowadzał doszczętną reformę ludzkości. Toż samo czynił Wilhelm Bölsche w nieporównanie większej mierze przyrodnik i filozof aniżeli poeta, fantastyczny wielbiciel Haeckla222 i entuzjastyczny propagator monizmu223. Zbawicielem ludzkości pragnął też być Henryk Hart i całe życie strawił na pisaniu olbrzymiej epopei: Lied der Menschheit, ale dotarł tylko do Mojżesza. Z motyką na słońce wyruszył brat jego, Juliusz, i z pomocą Hegla i Fechnera kruszył apokaliptyczne pieczęcie. Arno Holz przewracał do góry nogami wszystkie zasady romantycznej i klasycznej liryki i pisał według nowych teorii poematy, od których niemieckim krytykom żółć pękała, a które teraz mogą co najwyżej pobłażliwy uśmiech na usta wywołać.

Parturiunt montes, nascetur ridiculus mus224! — Jeden tylko był wśród nich, który drwił, kpił i wiecznie się śmiał, a ponieważ stale miał czczy żołądek, więc parę kieliszków starczyło, by już dniami całymi nie wychodził z rauszu: Paweł Scheerbart225; a ponieważ zdradził się przede mną, że urodził się w Gdańsku i jest pochodzenia kaszubskiego, więc ochrzciłem go uroczyście nowym nazwiskiem: Paweł Szczerba — którego twór jeden jedyny krytyk umiał ocenić: Adolf Nowaczyński226.