Każdy z artystów niemieckich, choćby i najkulturalniejszy, nie wyzbywał się narowów niemieckiego bursza, chełpił się swoją posiekaną twarzą, swoim burschikos207 obejściem, nie mógł się obyć bez rannego Frühschoppen208, który mu już na cały dzień paru kuflami piwa mózg zaćmiewał, a zdumiewający brak domowego wychowania — byli to ludzie przeważnie z niższych sfer społeczeństwa — i brak towarzyskiej ogłady utrudniał niezmiernie przebywanie obcego i „nieprzyzwyczajonego” w towarzystwie tego Jung-Deutschland, zwłaszcza gdy już drugą lub trzecią baryłkę piwa, Achtel209, w triumfalnym okrzyku na stole ustawiono.
Kobiety nie brały żadnego udziału w tych zebraniach niemieckich artystów. Były to przeważnie kobiety, które trudniły się wynajęciem mieszkań, a całym swoim zarobkiem, nawet stołem i łóżkiem dzieliły się z nędzarzem-artystą — a pięknie to o nim świadczy, jeżeli się w danym razie z nią ożenił, choć nie była w stanie jednego zdania rozumieć, które jej mąż napisał. Były to szwaczki, które mu ostatni grosz oddawały, a nie było wypadku, by artysta jej zaufanie zawiódł. Dawał jej swoje nazwisko, dzieci adoptował, ale to nie wszystko, co mógł zrobić — przecież bywały wypadki, że artysta nawet i prostytutkę wyzwolił spod straszliwego jarzma nadzoru policyjnego, a to chyba dosyć!
W umysłowym życiu artysty kobieta niemiecka przeważnie żadnego udziału nie brała, brać nie mogła, a na jej plus-konto zapisać by można, że nie miała żadnych pretensji, by jakąś rolę w życiu swego męża odgrywać.
Była trzykrotnym „K” — tym właśnie, czego Wilhelm II od kobiety wymagał: Kind, Küche, Kirche210!
Historyk literatury niemieckiej z tego czasu nie będzie miał kłopotu z „kobietami”, które jakąś rolę odgrywały w życiu ówczesnych artystów: kucharki, szwaczki, co najwyżej nauczycielki szkół ludowych — i to bardzo rzadko — parę prostytutek, które nigdy nimi nie były, bo i w prostytucji może kobieta zachować najwyższą czystość, a swoją drogą nigdy nie zatraciła tego w trzykrotnym „K wyrażonego ideału kobiety niemieckiej.
Właściwie nie była wrzekoma ewolucja, jaka się dokonała między 1880–1890 rokiem w Niemczech, żadną rewolucją literacką. Nie ma ani jednego dzieła w całej literaturze niemieckiej, które by można uważać za coś przełomowego.
Jung-Deutschland żyło przeważnie okruchami królewskiego stołu, jaki dla niego Francja, Rosja, a przede wszystkim Skandynawia zastawiła.
Zola, Zola! To był okrzyk bojowy naturalizmu, a raczej konsekwentnego realizmu niemieckiego — zachwycano się Maupassantem, raz po raz ktoś przebąknął o Huysmansie, czytano Dostojewskiego, Tołstoja, ale najwięcej przypadał do gustu Turgieniew, niezliczona moc krytyk pojawiła się w gazetach i czasopismach niemieckich o Ibsenie, Bjørnsonie211, Kjellandzie212, Jacobsenie213 — ale Niemcy nie mieli nic, co by tym koryfeuszom obcych literatur mogły przeciwstawić.
Nie chcę być niesprawiedliwym, ale całe to Jung-Deutschland było w gruncie rzeczy czymś fatalnie jałowym, żyjącym z łaski z drugiej ręki.
Jeżeli któryś z ich przedstawicieli sięgnął głębiej — niechybnie potrącił o Goethego. I bardzo charakterystycznym było powiedzenie Beera-Hoffmanna214, który znowu był przedstawicielem Jung-Wien (Młodej Austrii):