Odnalazłem siebie.
Nabrałem odwagi — tego dnia zmężniałem psychicznie.
Przecież to Hansson, jedyna moja wyrocznia naonczas, potwierdził mi sakramentalnie to wszystko, z czym się łamałem, potwierdził myśli, których lękałem się wypowiedzieć, sposób patrzenia na ludzi i życie, z jakim nie śmiałbym się przed nikim zdradzić, by mnie nie wyśmiano, a niczego tak się nie lękałem jak ośmieszenia — a moja teoria o tym tajemniczym węźle wszystkich zmysłów, w którym dźwięk na barwę się przetwarza, powonienie dotknięciem się staje, a hieroglif uczucia mieni się całą tęczą barw i brzmi rozległą skalą dźwięków, nadawała się w sam raz do bezlitosnych kpin, których mi swoją drogą w późniejszym życiu oszczędzić nie miano. I już wtedy kiełkowała we mnie i coraz wyraźniejszych kształtów nabierała moja nauka o „nagiej duszy”, i już wtedy zmagałem się z zasadniczym pytaniem, które ostatecznie rozstrzygnęło o moim dotychczasowym materialistycznym pojmowaniu świata: co jest pierwsze, organ czy funkcja? Czy pragnienie chwytania wytwarza organ, jakim jest ręka, czy też na odwrót?
Ile mnie to zmagań kosztowało, zaczem197 wziąłem rozbrat z darwinizmem, a jaką walkę stoczyć musiałem z samym sobą, zaczem zdołałem uznać198 mózg nie jako siedlisko duszy, ale za proste i to bardzo bierne narzędzie duszy; zaczem wywalczyłem w sobie pojęcie duszy, jako „transcendentalnego subiektu” — daleko później miałem się o tym dowiedzieć, że tak nazywał samoistną, niezależną od ciała duszę słynny okultysta niemiecki Du Prel199, jak również daleko później dowiedziałem się, że Mickiewicz, w wielkiej mierze uczeń mistyków niemieckich, a w szczególności Boehmego200, już na pięćdziesiąt lat przede mną użył terminu „nagiej duszy”, duszy wyzwolonej z pęt ciała i wyswobodzonej spod sromotnego jarzma mózgu i zmysłów.
Pod wieczór przyszło w odwiedziny kilku przedstawicieli „nowych Niemiec”, zamieszkałych stale w Friedrichshagen: Bruno Wille201, Wilhelm Bölsche202, bracia Hart, Juliusz i Henryk.
Friedrichshagen, bardzo piękna miejscowość — właściwie małe miasteczko na wschód od Berlina, położone nad całym szeregiem jezior: Müggelseen, otoczone pagórkami, Müggelberge, wrzynające się w rozległe, piękne lasy sosnowe, tak że każdy dom niemal można by uważać jako leśniczówkę, takoż i domek Hanssona — to Friedrichshagen było poonczas niejako literackim programem.
Jeżeli mówiło się o Friedrichshagen, to nie o jakiejś miejscowości, ale o literackich prądach „Młodych”, a raczej „Zielonych” Niemiec203, bo złośliwa krytyka niemiecka zrobiła z Jung-Deutschland — Grün-Deustchland — a najgłówniejszymi przedstawicielami tych Młodych Niemiec byli właśnie bracia Hart, Wille i Bölsche.
Oni wszyscy wynieśli się z „kamiennego morza” wielkiego miasta: niemożliwym i zabójczym było dla nich życie „bez natury”, czysty estetyzm kulturalny zadowolić ich nie mógł; tu, na łonie natury, wśród lasów i jezior, zapragnęli ukojenia i ciszy, bo każdy z nich był przede wszystkim filozofem i wszystkimi korzeniami tkwił w mistycyzmie Hölderlina204, Novalisa205, Fechnera, a każdy z nich szukał dla siebie wyzwolenia — nie w sztuce, mimo że pisali niezliczone tomy liryk i powieści — ale w uszczęśliwianiu ludzkości.
Trudno było się z nimi godzić, jeżeli patrzyło się na nich jako [na] artystów, ale na najwyższy szacunek zasługiwali jako pedagodzy tłumu, kulturalni socjaliści, ludzie, którzy w ciężkim znoju wywalczali dla roboczego tłumu jakiś wyższy stopień rozpoznania i wyższy i szlachetniejszy światopogląd. A wszyscy namiętni wyznawcy społecznych idei, wielbiciele przyrody, i to w tej przesadnej formie, jaka charakteryzuje sentymentalną epokę niemieckiego romantyzmu na początku XIX stulecia — widziałem przecież, jak się chwytali za ręce i obtańcowywali jakiś stary dąb, i stroili kapelusze dębowymi liśćmi, i wyśpiewywali hymny na cześć ludzkości, wolności, braterstwa — och! jak oni naiwnie się bawili, a co najważniejsze: bawić się umieli.
Baryłka piwa avant toute chose — piwa, dużo piwa, parę dziecinnych dowcipów, bezdennie głębokie i bezdennie nudne teoretyczne wywody o ludzkości, sztuce, etyce, wygłaszane rozpaczliwą terminologią Hegla i Schellinga206 — namiętne kłótnie o systemy i systemaciki, ustawiczne wzajemne bezlitosne wykpiwanie siebie — i znowu piwo i piwo: ponętnym nie było to towarzyskie życie w Friedrichshagen, a już jeżeli dla kogo całkiem obce — to dla Hanssona.