Ola Hansson pod tym względem był nieomal wyjątkiem: naiwny jak dziecko, szczery, bez odrobiny jakiegoś fałszu, prostolinijny w życiu — on właśnie, o niezmiernie skomplikowanej duszy — szedł przez to swoje biedne życie jakby w somnambulicznym śnie; a charakteryzuje go to, co o nim żona jego — znana jako wybitna pisarka pod pseudonimem Laura Marholm194 — mi mówiła:

— Nie znam artysty, który by był w stanie tak się w sobie skupić, tak ogłuchnąć i oślepnąć na wszystko, co „zewnątrz”, jak Olinka — (Laura Marholm pochodziła z bałtyckich prowincji, z Estonii, i od Rosjan nauczyła się zdrobnień imion). — Dzieci całego przedmieścia wyprawiają harce przed naszymi oknami. Krzyk i hałas przez cały dzień. Olinka nic nie słyszy i spokojnie pracuje. Mały Ola — (syn Hanssona) — pląta mu się między nogami, a on nawet nie zauważy, że dziecko jest w pokoju.

I Olinka był całkiem bezradny w życiu — nic go tak nie przestraszało, jak myśl, że będzie musiał się o jakieś honorarium upomnieć, że będzie musiał się z jakimś nakładcą spotkać i z nim pomówić, zetknąć się w ogóle w jakiś sposób z rzeczywistością.

Gdyby nie pani Laura, może by się już wtedy z nim to stało, co Hansson opowiada o Edgarze Poe — nie byłby w stanie zanieść manuskryptu do redakcji z braku przyzwoitego odzienia.

A pani Laura była energiczna, nie pozwalała go okradać i oszukiwać, ubóstwiała swego Olinkę, a tłumaczenie jego rzeczy na język niemiecki — Hansson pisał wyłącznie w języku szwedzkim — sprawiało jej, jak mówiła, najwyższą radość. Ona właśnie, niezwykle utalentowana pisarka, która miała dużo, dużo do powiedzenia, nieskończenie więcej aniżeli rozlazła Ellen Key195, znajdowała najwyższe szczęście w tłumaczeniu tworu swego męża.

I pani Laura, doskonały psycholog, zrozumiała i musiała ocenić moje onieśmielenie — wciągnęła mnie dyskretnie do rozmowy, z wolna się opanowałem. Dobrze mi było w tej pracowni Hanssona, w której nic nie było prócz prymitywnych półek zawalonych książkami, stołu do pisania, nad którym wisiała wspomniana już przeze mnie akwaforta Klingera, i paru stołków; toteż po upływie jakiejś godziny odnalazł snadź Ola Hansson tego człowieka, którego tak pragnął poznać, bo coraz baczniej i życzliwiej jął mi się przyglądać i z natężoną uwagą słuchał moich wywodów, a gdy pani Laura zaproponowała przechadzkę po pięknym lesie, do którego domek Hanssona przylegał, wysłała nas obu naprzód. „Tam się najlepiej odnajdziecie — powiedziała z mądrym uśmiechem — pan Servaes dotrzyma mi towarzystwa”. Odnaleźliśmy tu się tak gruntownie, żeśmy się o dwie godziny na obiad spóźnili.

Z jaką głęboką wdzięcznością i miłością wspominam te długie, długie godziny, które sam na sam z Hanssonem przepędziłem — różnica wieku wcale nas nie dzieliła, mimo że był o dwanaście lat starszy ode mnie196, ale łączyła nas dziwna jakaś wspólnota dążeń, pragnień i tego samego ukochania tych samych problematów, które jego i mój mózg poonczas tak intensywnie zaprzątały.

Pewno, że literacką kulturą swoją stał o wiele wyżej ode mnie, w zamian za to dawałem mu jako poparcie i pied à terre zasób mej wiedzy przyrodniczej i znajomości współczesnej nauki psychologii i psychiatrii, a co go przede wszystkim zajmowało — obeznanie z sugestią i hipnotyzmem: przecież właśnie Ola Hansson usiłował wytworzyć syntetyczną całość z ścisłego rozumowania empirycznego i intuicyjnego, uczuciowego, podświadomego życia psychicznego.

Nie wiem, czym kiedy doznał tak głębokiego wstrząsu i dumy, i szczęścia, jak w chwili, gdy mi Hanson powiedział:

— Pan jest pierwszym człowiekiem w Niemczech, z którym całkiem i bezwzględnie porozumieć się mogę.