Tej nędzy, na jaką się wśród niemieckich artystów napatrzyłem i sam ją między nimi przeżyłem, nie przeżywał żaden artysta w tej tak szkalowanej Polsce.

Och, co za niedorzeczne klepania: gdyby był tworzył za granicą, gdyby się urodził Niemcem lub Francuzem, w jakie bogactwa byłby opływał! — Brednie!

Tam, za granicą, stokroć razy gorzej aniżeli u nas w Polsce: w takiej nędzy materialnej, na jaką jest skazany artysta w Niemczech czy Francji, nieuznany przez ochlos228 (motłoch), nie żyje żaden artysta w Polsce.

Ale revenons à nos moutons229.

Onego dla mnie tak pamiętnego wieczoru zeszła się gromadka tych wszystkich niemieckich „światoburców” w gościnnym domku Oli Hanssona.

Na stole znalazła się flaszka whisky i koniaku, służąca wniosła samowar — nalewało się do szklanek trzy ćwierci wody wrzącej, a resztę whisky albo koniaku (napój ten zowie się w języku skandynawskim toddy) — rozpoczęła się pogawędka; oglądano nieznanego przybysza, którym byłem ja, trochę mnie zagadywano, pobłażliwie po ramieniu klepano, boć już książczyna moja Chopin und Nietzsche była znana, ale nie wiem, co się nagle stało — wszyscy umilkli z wolna i jak zahipnotyzowani wsłuchiwali się w opowiadanie pani domu — Laury Marholm.

Tak olbrzymiego daru opowiadania, doprowadzonego do genialnych granic wirtuozji, nigdy przedtem i nigdy potem spotkać nie miałem.

Była brzydka, nawet bardzo brzydka, tak się na pierwszy rzut oka wydawało, ale gdy zaczynała mówić, opowiadać, gdy subtelnymi a wyrazistymi gestami uplastyczniała swoje opowiadanie, zabarwiała je bogatą skalą odcieni swego głosu, twarz jej piękniała, szlachetniała, a potem już nie widziało się cielesnej brzydoty: Laura Marholm-Hansson stawała się piękna...

Cały wieczór mogła mówić sama jedna. W zdumiewająco barwnych liniach odtworzyła stan całej literatury skandynawskiej, literackiego życia w Kopenhadze i w Sztokholmie, i Christianii; mówiła z przedziwną ironią o braciach Brandesach: tym Jerzym, który ponoć Polskę ukochał230, i tym mniej znanym Edwardzie231; opowiadała o Bjørnnsonie, Ibsenie, a przede wszystkim o Strindbergu, którego Hanssonowie długi czas gościli, kiedy jeszcze w Szwecji przebywali; jeden gest jej ręki wyczarowywał całą postać, odcień głosu starczył za obszerne wartościowanie; a pamiętam, jak scharakteryzowała paru gestami nie tylko postać Renana232, ale i to, co w niej się kryło. Pokazała nam Zolę z jego parweniuszowską małżonką, jak siedzą w loży. Trzepotał się niespokojnie, chory już wówczas, Guy de Maupassant; uskarżał się ciężko na chory żołądek Joris Huysmans; a rzucał się przy piecu stary Jonas Lie233; i ciskał się w morze na powitanie swych gości w ustawicznym, fantastycznym rozmachu żyjący finlandzki poeta Tavastsjerna234.

I bylibyśmy tak do rana siedzieli i słuchali, ale po północy szepnął mi towarzysz mój, Franciszek Servaes: „Za kwadrans ostatni pociąg”.