Marny, lichy „fuzel”, bo nikogo nie stać było na „szampańskie”, jakaś flacha „Nordhäusera” — za jedną markę cały litr — starczyła, by rozpaczna myśl o jutrze zamieniła się w pijanym transie w jakiś rozkoszny sen o wielkiej, wspaniałej przyszłości, o triumfach i o sławie, pogromie filistrów i zwycięstwie Piękna nad ohydą życia.
O, to biedne, to rozpaczne vigilantium somnia262!
A nazajutrz cięższe jeszcze rozczarowanie, boleśniejsza jeszcze udręka i rozpaczniejszy krzyk za wyzwoleniem!
I o tych nędzarzach chodziły zdumiewające gadki i legendy, że święcili w swoich „cenaclach” potworne orgie — bachanalie, że pławili się w wódce i szampanie!! he! he! szampanie! że odprawiali jakieś nieludzkie „czarne msze”; o mało co, a już miało stać się pewnikiem, że wszystko to samo działo się w tych kółkach biednych cyganów263, co Minutius Feliks264 o pierwszych chrześcijanach opowiada!
Biedne, głupie, śmieszne brednie!
Więcej może aniżeli w jakimkolwiek społeczeństwie żył artysta niemiecki całkiem poza obrębem tego społeczeństwa. Do „obywatelskich” domów drzwi były dla niego na dziesięć spustów zamknięte, zresztą nie starał się do nich wdzierać w tym dumnym przeświadczeniu, że jedyne towarzystwo, godne artysty, to artysta — poza tym burżuazja niemiecka miała straszny lęk przed tymi „obłąkanymi” wywrotowcami.
Widziałem kiedyś wspaniałą karykaturę, nie pomnę, kto ją rysował — zdaje się, że nieśmiertelny Oberlander265 — pod tytułem „Aktorzy idą!”
Schludne podwórko w jakimś małym miasteczku. Na sznurach, porozwieszanych między drzewami, suszy się bielizna, na murawie pasą się kury, kaczki i gęsi. I ta osobliwa chwila, na okrzyk: „Aktorzy idą!” (Schauspieler kommen!) — wypadają na podwórko w panicznym strachu kumoszki z całego domu, ściągają czym prędzej z sznurów bieliznę, chwytają pod pachę kury i kaczki, by to wszystko czym prędzej ukryć przed złodziejskimi zakusami wygłodzonych aktorów.
Mniej więcej tak samo traktowało społeczeństwo niemieckie tę garść artystów, którzy podówczas coś znaczyli — oczywiście tylko „za granicą”. W samej ojczyźnie: darmozjady, zbereźnicy, chemicznie wyprani z wszelkiego poczucia etyki i wspólnoty społecznej, banda anarchistów, których bezustannie denuncjowano prokuratorii państwowej, pornografi266, a jakże! wpół obłąkani deliranci, którzy na domiar wszystkiego podatków płacić nie mogli!
To już szczyt wszystkiego! Obywatel państwa niemieckiego, który podatków nie płaci! I do mnie zawitał raz poborca podatków, a ponieważ pieniędzy nie miałem, a nic nie posiadałem, co by można fantować, włożył ręce do kieszeni i z ciężką pogardą odezwał i się do mnie: „I taki człowiek uważa się za wykształconego” (Und so was will ein gebildeter Mensch sein!).