I przeczytał swe zdumiewające tłumaczenie — och! nie! to nie było tłumaczenie, to przewspaniała parafraza z Verlaine’a La Sagesse277. Po raz pierwszy poznałem wtedy Verlaine’a, a nie umiem powiedzieć, jak do głębi całą moją duszą wstrząsnął.
A gdy przeczytał to ostatnie westchnienie:
— O pauvre âme, c’est cela... (O, arme Seele, so ist’es recht)278 — buchnął nagłym płaczem.
Była to chwila tak uroczystego podniesienia, tak świętego skupienia, że jakieś słowo byłoby jej zbezczeszczeniem.
Milczeliśmy długo.
Wreszcie uspokoił się Dehmel — powoli ożywiła się rozmowa, a było to, jakby nas był wstyd ogarnął, żeśmy się tak do najistotniejszych głębi wzruszyli — bo najgłębsze wzruszenie jest nieskończenie wstydliwe — w mig wypróżniliśmy flaszki; Dehmel postawił nowe.
— Słuchaj tylko, Stasiu — jedyny Niemiec, który mnie tak stale nazywał i to „Stasiu” dobrze wymówić zdołał. — Nie macie wy tam czego w polskiej literaturze, co bym mógł przetłumaczyć? Ty już wiesz, o jakiego rodzaju poemat mi chodzi.
Przypomniał mi się nagle Rabski i jego deklamacja Ujejskiego przed paru laty w gimnazjum wągrowieckim.
— Ależ tak! Sam właśnie o tym myślałem. Ja przetłumaczę ci dosłownie, prozą, jeden poemat świetnego polskiego artysty — a ty — już będziesz wiedział, co z tym zrobić.
Wino poczęło działać: widzę jeszcze Scheerbarta, rozciągniętego: na dywanie, jak wali pięścią w podłogę i krzyczy na całe gardło: „Weltgeist, wo bist du?!” — Majaczy mi się blada, zmiętoszona twarz Henri Alberta, który nam nie tylko Verlaine’a, ale i Rimbauda, i Laforgue’a279 z Paryża przywiózł. Widzę usiłowania zawsze trzeźwego Liliencrona, by Scheerbarta uspokoić; potem śledzę jeszcze gwałtownie kołyszące się ruchy lampy w rękach Dehmla, sprowadzającego nas na dół; potem buchnął na mnie piekielny żar ulicy — tego lata sypiać nie było można wskutek tego niesamowicie rozżarzonego powietrza, którego upał zdawał się być jeszcze więcej280 spotęgowany w nocy — ale zdumiewające: gdym uszedł kawałek — otrzeźwiałem.