To była noc wielkiego cudu. Wiem doskonale, że od tej nocy jęło coś we mnie kiełkować, jakieś mgławice krążyć i formować się, ale jeszcze nie nadszedł czas.

Kiedy po dwóch czy trzech dniach zaszedł do mnie Dehmel, już przetłumaczyłem cały Marsz żałobny Ujejskiego, który Dehmla w zachwyt wprawił.

I teraz rozpoczęła się mozolna praca.

Dehmel wsłuchiwał się po kilkanaście razy w dźwięki nieznanej mu mowy — deklamowałem mu to bezustannie, jak to słyszałem w deklamacji Rabskiego — potem Dehmel czytał słowo po słowie; wypytywał się o wszystkie możliwe synonimy każdego wyrazu; badał rytm, jego wzniesienia i spadki, nagłe jego zmiany; aż zabrał się do wielkiej i prawdziwie twórczej pracy.

Tłumaczenie to Dehmla przewyższyło niemal oryginał — przestało być tłumaczeniem, a stało się czymś na wskroś twórczym. A w mojej duszy dokonywała się bezustannie jakaś dziwna, podziemna praca: w pół roku potem miał powstać pierwszy mój poemat prozą — Totenmesse (1893 r., w polskim: Requiem aeternam).

XI

W tymże samym czasie zapoznałem się z tworem kilku artystów francuskich, którzy głębokie wrażenie na mnie wywarli, w pierwszym rzędzie z Barbey d’Aurevilly.

Ola Hansson był znany w kołach Młodej Francji i raz po raz ktoś do niego z Paryża przyjeżdżał. Tym razem węgierska arystokratka, panna Némethy, fanatyczna wielbicielka d’Aurevilly’ego i nieodstępna jego przyjaciółka w ostatnich latach jego życia. Sama pisała po francusku pod pseudonimem Jean de Néthy, a tłumaczenia jej węgierskich ludowych pieśni uzyskały już ze strony Akademii Francuskiej mention honorable281.

Znaczną część swego majątku poświęciła na luksusowe wydanie całego tworu d’Aurevilly’ego. Z wielkim trudem i mozołem pozbierała porozsypywane po najrozmaitszych czasopismach krytyki tego, po Sainte-Beuve282 najoryginalniejszego krytyka francuskiego; z najwyższym pietyzmem i miłością uporządkowała całą jego literacką puściznę; a przez parę miesięcy rozczytywałem się w tych dziewięciu czy też dziesięciu tomach pism d’Aurevilly’ego, które mi panna Némethy nazajutrz, gdym ją poznał, do domu przysłała.

Objeżdżała wszystkie stolice Europy z jedną tylko myślą: by geniusz ubóstwianego mistrza ujarzmił kulturalnie tę Europę. A ubóstwienie to graniczyło już wręcz z maniactwem — jedna rzecz jest pewna, że nikt może nie uprawiał takim nakładem sił i majątku propagandy swego ukochanego artysty, jak właśnie ta kobieta, która pewnoć już dawno przekroczyła trzydziesty rok życia.