Wprawdzie i dla Nietzschego nie brakło bardzo nawet intensywnej propagandy, ale siostra jego, Elżbieta Förster-Nietzsche, robiła równocześnie na tworze swego brata bajeczne finansowe operacje i propaganda ta była nachalna i prawie ordynarna. Propagowała też Nietzschego pani Lou Andreas-Salomé283, która znowu gwałtownie kazała się domyślać, że była jedyną kobietą, „z którą Nietzsche utrzymywał stosunek”, a tymczasem Nietzsche nie mógł się jej opędzić i uciekał przed nią jak przed zarazą. Tego rodzaju propaganda była śmieszna i ośmieszająca, ale propaganda panny Némethy była całkiem bezinteresowna, była całkowitym oddaniem i zaparciem siebie, a poza tym wysoce taktowna.

Gardziła prasą, chociażby było jej łatwo za paręset marek podnieść niesłychany krzyk uwielbienia dla ukochanego mistrza, zwracała się jedynie do poszczególnych jednostek, u których była pewna gorącego i silnego oddźwięku dla tworu mistrza. W Berlinie nie pomyliła się: Ola Hansson, jedyny w Niemczech, do którego się zwróciła, napisał o d’Aurevillym piękne i głębokie studium; a jeżeli ja, którego Hansson jej polecił, nie napisałem trzeciego tomiku Zur Psychologie des Individuums, poświęconego d’Aurevilly’emu — a już je rozpocząłem — to winą tego niesłychanie fatalne stosunki, które mi się skupić nie pozwoliły. Praca redakcyjna i zarobkowa wyczerpywała doszczętnie moje siły.

D’Aurevilly wpływu na mnie nie wywarł ani wywrzeć nie mógł: moja dusza już od dawna krążyła wokoło tych tematów, na których osnuł swój wspaniały zbiór nowel — Les Diaboliques. Natomiast dużo od niego się nauczyłem, ale to, czego się nauczyłem, dusza moja tak przetworzyła i „zszopenizowała”, że teraz samemu byłoby mi trudno powiedzieć, gdzie i co zawdzięczam d’Aurevilly’emu.

Jedno jest tylko pewne: z niego czerpałem odwagę, by wypowiedzieć to, czego żaden z moich „współczesnych” wypowiedzieć nie byłby się odważył.

A już wprost wstrząsające wrażenie wywarły na mnie ilustracje do Diaboliques Féliciena Ropsa284, które mi również panna Némethy w osobnej tece podarowała.

Rops był dla mnie istotnie objawieniem, a wrażenie spotęgowało się jeszcze, gdym za specjalnym pozwoleniem dyrektora Kupferstichkabinettu285 w Nowym Muzeum w Berlinie, które mi dr Asch wyrobił, mógł oglądać niedostępny dla przeciętnej publiczności cykl Ropsa: Les Sataniques.

Silniej niż kiedykolwiek odezwało się we mnie średniowiecze, a każdą chwilę wolnego czasu trawiłem w niezrównanej Bibliotece Królewskiej i rozczytywałem się w pismach diabologów: Bodinusa286, de Lancre287, Del Rio, Glanyila, Prieriasa, Grillanda; wszyscy ci oni byli mi bardzo bliscy i pewnoć bardzo pokrewni, jeżeli ich pisma z taką rozkoszą w siebie wchłaniałem.

To moi astralni współcześni — z nimi prawdopodobnie bardzo blisko obcowałem, zaczem dusza moja się wcieliła.

A mam ich wielu, wielu w pamięci — nazwiska ich same stworzyłyby litanię na kilka stronic.

Słyszę niespokojny szept naokół: „Jak ten człowiek niesamowicie bredzi!”. Niedawno temu dowiedziałem się, że mój odczyt, który miałem w Krakowie, „O czarownicy i czarach”, oparty na sumiennych studiach, był jednym niesłychanym skandalem — ale dlaczegóż bym nie miał pisać dla tych nielicznych, dla których moje ekskursje w dziedzinę okultyzmu bynajmniej nie są „bredniami”!?