Już w gimnazjum nienawidziłem Schillera, Goethe do rozpaczy mnie doprowadzał, na śmierć mnie zanudzał, a na dobre mi nie wyszło, gdym się w literackich kołach zdradził z tą niechęcią do Goethego. Oni wszyscy nie wyszli poza Goethego — Goethego, młodego, dojrzałego birbanta; to znowu można w każdym, nawet współczesnym tworze dopatrzeć się najporządniejszego z porządnych, uczonego dyletanta i służalczej ekscelencji.
Można sobie wyobrazić zgorszenie mych kolegów, kiedym ich z trochę smarkaczowską arogancją pytał: Monsieur Goethe — qu’est ce que c’est ça?292?
W zamian za to otrzymałem przydomek „Getyński” i opatentowany zostałem jako borniertes Genie293!
A Goethe jest istotnie rozwiązaniem zagadki duszy niemieckiej i zdaje się, że tylko jedynie Niemiec jest zdolen odczuć jego wielkość. Kiedy roku 1900 rozpisano wszechświatową ankietę, co poszczególne narody Goethemu zawdzięczają, okazało się, że prawie nic. Narody romańskie znają go ze słychu, u Skandynawów cieszy się oschłym succès d’estime294, z słowiańskich narodów jedyni Polacy chełpią się tym, że Goethe Mickiewiczowi „złote pióro” ofiarował, co jest wierutną bajdą — zdaje się nawet, że Mickiewicz był mocno Jego Ekscelencją rozczarowany i na odwrót — Goethe Mickiewiczem, bo, gdy Goethe na cześć „interesującego Polaka” kazał wystawić swoją Ifigenię, Mickiewicz nie zdobył się nawet na prosty frazes grzeczności.
Tak mi przynajmniej opowiadał śp. Karol Brzozowski295, autor Strzelców z Anatolii, który znał dokładnie przebieg całej wizyty Mickiewicza u Goethego.
To jedno tylko wiem, że Goethe jest kluczem do piśmiennictwa niemieckiego: kto z Goethem na złej stopie, dla tego cała literatura niemiecka na siedem spustów zamknięta.
I to wszystko jedno, jakie fazy przechodziła — naturaliści tkwią tak samo w Goethem, jak idealiści, nawet ich futuryzm i ekspresjonizm szuka w Goethem uzasadnienia i potwierdzenia, bo jedyną i ostatnią a najwyższą instancją w rzeczach sztuki jest Goethe.
Wreszcie, już jako pięćdziesięciopięcioletni mężczyzna, powiedziałem sobie: „Może byłeś za młody, zbyt mało dojrzały, spróbuj teraz!”.
Istotnie zadałem sobie niemały trud, rzuciłem się z całą rozpaczą na Goethego, by odgadnąć tajemnicę jego wielkości, a gdym dotarł do ostatniego tomu, miałem wrażenie, żem przebył lata całe w małomieszczańskiej atmosferze małego miasta; odbywałem z rozmaitymi Biedermajerami podróże po Szwajcarii i Włoszech; wracałem z rozkoszą do rezydencji małomiasteczkowej mego księcia i pana; byłem nieubłaganie srogi dla rozmaitych wywrotowców i ludzi o nieuporządkowanych mózgach, którzy we mnie najwyższy wstręt wywoływali; wstydziłem się młodzieńczych wybryków; stroiłem się w coraz większą pychę i niedostępność wobec moich podwładnych; klepałem życzliwie po ramieniu moich wielbicieli; uśmiechałem się przyjaźnie do roju wielbicielek, które się bezustannie wokół mnie plątały; z pogardą głęboką patrzyłem na niedowarzonych smarkaczy, którzy mej wielkości uznać nie chcieli albo ośmielali się ją kwestionować, a anim się nie spostrzegł, jak przedzierzgnąłem się w mojego współczesnego Henryka Ibsena, który na starość jął w Krystianii tworzyć dokładną kopię roli, jaką Goethe w Weimarze odgrywał — rolę tajemniczym nimbem osłoniętego, niedostępnego Olimpijczyka.
Żyć jak Goethe, goetheizować się poniekąd, było tak dla „starych”, jak i „młodych” Niemiec, najwyższym ideałem, a pani Elżbieta Förster-Nietzsche niesłychane hece wyrabiała, by pomiędzy parę dioskurów, Schiller — Goethe, wepchnąć cichaczem swego nieszczęsnego brata, który na szczęście, obłędem spowity, nie potrzebował wstydzić się i konać z obrzydzenia na widok tych śmiesznych wysiłków, ale musiał już je przedtem przeczuwać, kiedy zwrócił do siostry ten zaciekle złośliwy epigram: