Jung: beblümtes Höllenhaus

Alt: ein Drache fährt heraus296!

Przez jakąś chwilę, kiedym miał jeszcze 18 lat, zastanowił mnie rozwichrzony Kraftgenie297 Lenz298, któremu właśnie Goethe tak skutecznie nogę podstawił, że zwalił się jak długi i już podnieść się nie mógł; usiłowałem się entuzjazmować Kristianem Grabbe299; wmawiałem sobie miłość do Amadeusza Hoffmanna300, rozrzewniał mnie Kleist301, nie swoimi dramatami, ale swoją samobójczą śmiercią wraz z swoją przyjaciółką; usiłowałem pokochać Zachariasza Wernera302 — ale w żaden sposób nie mogłem zdobyć dystansu do tych Kraftgenies (jakby to przełożyć na język polski? siłaczów-geniuszów), którzy brak istotnej twórczej siły maskowali tym na wskroś niemieckim furror teutonicus303 słowa.

Wszystko słowa, słowa, słowa!

Nabrzmiałe, napęczniałe, nadęte słowa, chorujące na elephantiasis304, do potwornych rozmiarów opuchłe słowa — hydropsja305 słowa, miałem często wrażenie, że stoję na jakimś małomiasteczkowym jarmarku: w jakiejś budzie sterczy długa, wysoka deska, miernik siły, w dole kowadło; uderzało się o nie ogromnym młotem, wtedy wyskakiwał kawałek żelaza, a im wyżej dotarł, tym większe laury „zbierał poszczególny siłacz, który młotem uderzył. Taki pan nazywa się po niemiecku Kraftmeier306.

A ta potworna retoryka, wrzaskliwa, wyjąca, hucząca; ten piekielny żargon filozoficzny niemożliwie powykręcanego, rachitycznego języka Schellinga, Hegla; te obrzydłe tasiemce refleksji; te ckliwe, obleśne Naturschwärmerei307 (jakby to przetłumaczyć?); rozlazły, wstrętny sentymentalizm; to znowu parobkowski, chamski brutalizm, babrzący się w najplugawszych trywialnościach — o nie! nie! nie!

Chwilę przystanąłem przed Heinem — ale to wieczne „mauszlowanie”, te bezecnie tanie dowcipy, to przykre oślinianie i siebie, i drugich szybko mi się znudziło. Nie tylko znudziło, ale wstrętem i mnie przejmowało.

Młode Niemcy — właśnie ta moja generacja — ten sam obrachunek zrobiła z swoimi poprzednikami: już wprost brutalnie strąciła Schillera z piedestału, pomiatała z zaciekłą furią pomniejszymi z owych czasów, znęcała się nielitościwie nad Dahnem308, Ebersem309, Spielhagenem, a głównie nad najpoczytniejszym poonczas Pawłem Heyse310, zrehabilitowanym niedawno przez paradny aeropag jury nagrody Nobla (to już zakrawa na Gaurisankar311 groteski!) a właściwie sąd Młodych Niemiec nie odbiegał tak dalece od tego, tak nieskończenie pogardliwego, jaki swego czasu Fryderyk Wielki wydał w francuskim języku o stanie literatury niemieckiej za jego czasów.

Przed jednym Goethem tchórzono, jedyny Goethe był nietykalny, ale i tu robiono olbrzymią różnicę pomiędzy młodym a „starczym” Goethem — tamtym wciąż się jeszcze zachwycano, tego ostatniego omijano w dalekich okrążeniach, ale zawsze z przynależnym respektem i pietyzmem.

Właściwa literatura niemiecka rozpoczynała się w pojęciu „młodych” dopiero z ich wystąpieniem, gdzieś około 1880 roku, kiedy to Michał Jerzy Conrad założył pierwsze i jedyne pismo poświęcone „zrewolucjonizowanej” literaturze niemieckiej „Die Gesellschaft”, naokoło którego jęła się gromadzić pierwsza garstka obrazoburców i wywrotowców, która poczęła z zaciekłą namiętnością roztrzaskiwać stare tablice i uświęcone kanony, ciskać pioruny na fałsze i konwenanse tak w społeczeństwie, jak i w jego pokornej służce: literaturze — zrywać obłudną maskę idealizmu z owrzodziałej twarzy i zwalać z zuchwałą odwagą z piedestałów przez cały naród uświęconych bonzów312.