Och, jak w tym nowym jaskrawym oświetleniu wyglądały te wydęte wielkości, te ckliwe, sentymentalne, biedermajerowskie piękności!
„Pół Schillera, trzy czwarte wstrętnej moralności niemieckiej, a już całą absolutnie politykę liberalną z kretesem trzeba by wyniszczyć, by można by było mówić o jakimś duchowym życiu Niemiec” — grzmiał jeden z punktów programu, inny zaś opiewa, że „śmierć największego bohatera starej literatury, o ile chodzi o zużytkowanie tematu, stoi na równi z bólami porodowymi krowy”.
Conrad, Walloton, Alberti, Bleibtreu, a najciekawszy z nich Herman Conradi, to był sztab generalny tego Mord-und-Brand — czasopisma „Gesellschaft”, a Bogiem ich był Zola — Zola ponad wszystkich, „najpotężniejszy” geniusz, jakiego dziewiętnaste stulecie wydało, w drugim rzędzie dopiero: Ibsen, Dostojewski, Tołstoj.
Co z tych czasów pozostało? Może dwie powieści rozwichrzone wściekłymi płomieniami miłości i nienawiści, pisane nie ręką, ale druzgoczącymi pięściami, walącymi o stół stylem, który koziołkuje poza obrębem jakichkolwiek artystycznych granic, ale równocześnie do groteskowych rozmiarów wypaczone zwierciadło tych zaciekłych ikonoklastów i całej ich epoki: Bleibtreu’a Grössenwahn i Adam Mensch Hermana Conradiego.
Raz jeden spotkałem Conradiego, i to krótko przed jego śmiercią. Ponoć życie sobie odebrał.
Zaciągnął mnie późną nocą jeden z moich kolegów szkolnych z Wągrowca, który miał styczność z ówczesnymi matadorami literackimi w Berlinie, do jakiejś knajpy, w której się zbierali. A właśnie przyjechał do Berlina na krótki czas słynny już Conradi.
Jemu i mnie przypadła ta sama droga z powrotem. Pewnie, że on — dwudziestosiedmioletnia wielkość — zwróciła na mnie — dwudziestoletniego studenta — tylko o tyle uwagę, ile jej wymagało jego poczucie równowagi: taczał się z jednego brzegu chodnika na drugi, olbrzymi kapelusz „kalabrezer” nacisnął na oczy i głośno deklamował swój nieskończenie smutny wiersz:
Da nun die Nächte kamen,
Die Nächte wundersüss,
Wo letzter Nachtigallenschlag