Eli, eli, lama sabachthani90...
*
Przez okna moje wpływa strumień żądnego, parnego gorąca, płodzącego szału nocy, rozpustnego krzyku mężczyzn, co na ulicach samiczki nawołują.
Widzę całą naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phalosa91, co w brutalnej, bezgranicznej rozrzutności leje nasienne strumienie na świat cały.
Na mym biurku wazon z kwiatami, których całe życie rozgrywa się w płci; z bezwstydną niewinnością pną się ku zapładniającemu nasieniu.
Czuję lubieżne drgania tworzenia, słyszę bełkoczące szepty miłosne ziemi — hermaphrodyty, świętej, samczej dziewicy, otulonej w ślubne zwoje nocy.
A jak bogato obsiana złotymi plennikami. Jak ciemna jest i głęboka!
Ale ponad tym bezwstydem chuci i żądz, ponad tą potworną apokalipsą płciowości, tą szatańską ewangelią zmysłów —
wysoko ponad zapładnianiem i rodzeniem, oksydacją i redukcją zatronował mój wyniosły, głęboki, królewski spokój bezpłodu.
Natura się wyczerpuje; już oszczędza. Już nie może tak się rozrzucać jak ongi, kiedy się jeszcze żadne oko ludzkie nie rozkoszowało obłąkańczym przepychem flory z okresu węgla kamiennego, fauny czasu kredowego; teraz pracuje, jak to biedne robactwo ludzkie — po ludzku, chciwie i ostrożnie według prawa najmniejszego zużycia sił.