I za każdym razem pukał nieśmiało, trwożnie, czuł, że się tam dokonywa święta tajemnica bólu, który skamieniał — rozpaczy, która się w słup soli sodomskiej obróciła... i — i wracał i błąkał się po ciemnych pokojach.
Tato! tato!
Śmiertelna cisza!
I — biedne, wpół błędne dziecko — znalazło się nagle w pokoju swej siostry.
Chłopak rozejrzał się, spłakany.
— Tato nie chce otworzyć.
— Cicho, cicho, położę cię spać.
— Boję się, boję.
— Ja sama położę cię spać.
Oczy, płaczem opuchłe, zamykały się — Siostra łagodnie wzięła go na ręce, obwisł nagle na jej ramionach i usnął.