Słodka, dziwnie słodka, dziwnie smutna wieczność...
Ogarnął Hankę — przytulił ją do siebie:
— Hanuś, wybacz mi, wybacz...
Szarpnęła się.
Odruchem poprawiła włosy i znowu spojrzała na niego zimnym, stalowym wzrokiem:
— Wybacz pan, jestem tak strasznie przemęczona... W tej chwili idę, tylko... przyrzecz mi pan, że pan wyjedziesz — natychmiast wyjedziesz. Teraz pan już zdrów. —
— Jeszcze nie! — powiedział twardo.
— Ale w tej chwili, gdy pan całkiem przyjdzie do sił wyjedzie pan?
— Nie!
— Nie? Nie? — Roześmiała się. — Nie? Ja pana do tego zmuszę!