Rzucił się w błędnym lęku ku oknu...
Chodź, chodź w taniec rozpusty i wiecznego potępienia, chodź, chodź...
Teraz zaczął biedz jak szalony naokoło pokoju, ale czuł ją ustawicznie za sobą, teraz objęła go rękoma, podrzucała go, okręcała wkoło, ciskała jak piłkę o ściany, potrącała o meble.
Nasz taniec, nasz taniec — ha, ha, ha... taniec miłości i śmierci...
Mara się rozwiała. Ktoś pukał od dłuższego czasu gwałtownie do drzwi.
Szarski ochłonął. Potoczył się ku drzwiom.
Kto tam?
— Otwórz, na Boga, to ja, ja, Czerkaski.
Szarski otworzył.
Czerkaski był dziwnie zmieniony, dygotał jak w febrze, chwiał się na nogach.