O, to nie to, to nie to. Bo ja cię bardzo i głęboko kocham. A jeżeli jestem kiedyś wściekły na ciebie, to wściekłość mojej niemocy, to to, że i ja czuję w sobie iskrę bożą, a wykrzesać jej z siebie nie mogę. Jeżeli kiedyśkolwiek uczuję nienawiść, to nienawiść niewolnika, którego pan buduje piramidy, a jemu zaledwie kamienie ciosać wolno. Otóż widzisz, dlatego ja piję, dlatego ja się poniewieram i służę za tarcz waszych kpin i docinków. Mój organizm niedociągnięty — muszę go sztucznie podniecać, aby módz w ogóle żyć...

Zamyślił się nagle, a po chwili:

A ja żyć chcę, bo ja muszę coś zrobić, muszę!

— Zaczem coś będziesz w stanie zrobić, to ci alkohol komórki twego mózgu doszczętnie zniszczy.

— Nie pomoże alkohol, to pomoże morfina, opium, szalej, wszystko mi jedno, ale ja muszę coś stworzyć, coś tak wielkiego, tak niesłychanego...

Podniecał się coraz więcej, aż wreszcie wpadł w wściekłość.

— Coś, coby o całe niebo, wszystko coś ty stworzył, co oni wszyscy razem stworzyli o całe niebo przerastało.

Czerkaskiego zdjęła nagle ogromna litość nad tym obłędem niemocy i bezsiły, nad tym chorem bełkotaniem pragnienia sławy i potęgi.

Spojrzał w stronę stołu, tuż naprzeciw siedziało tylu zdolnych ludzi, którzy wszystkie swe siły marnowali na całodziennej pracy w jaskiniach redakcyjnych najpodlejszego gatunku.

I to ich cała rozpacz, że dusze sobie brudzili, podlili kłamstwem, które jakiś sprytny geszefciarz, szubrawiec, ich szef, pisać im kazał. Pluli w swą duszę, zębami zgrzytali, ale pisać musieli, bo tak szef przykazał. A zimą spać na bruku nie mogli, a śmierć głodowa niemiła, a kłamstwo coraz więcej wrastało w duszę, a rezygnacya przechodziła w cynizm, a zawiść i zazdrość trawiły duszę aż do dna, aż wreszcie ten, który kiedyś w swej duszy piękno i prawdę ukochał, który odważnie stawiał czoło obłudzie i hypokryzyi stawał się pełzającym w błocie gadem.