Jakieś straszne „memento mori”, a każdemu z nich zdawało się, że muska go skrzydełko śmierci.
Pili w milczeniu, albo też po cichu opowiadali sobie tajniki z życia swych zmarłych kolegów. Albo też z rozpacznemi kpinami wskazywali tego, na którego teraz kolej przyjdzie. Jednego kiła żarła, drugi znów szamotał się w ostatnich zapasach z suchotami, innemu zaś nałóg pijaństwa wszystkie siły poderwał. Tamtego malarya trawiła...
Jakie to straszne.
Ale stokroć straszniejsza ta malarya moralna, która zdrowych niszczyła.
O ten, ten z najzdolniejszych frymaczył swoją sztuką, jak ostatnia ladacznica swem ciałem. Tamten znowu gałgan, łotr i oszust, człowiek, który cały swój czas w lupanarach spędzał, redagował organ kościelny i zachęcał ludność do bicia żydów. Ten znowu wyuzdany cynik, malował obrazy świętych i opowiadał jak modli się przed rozpoczęciem swej pracy...
Skąd ten niepojęty fałsz, ta ohydna obłuda, to bezwstydne kłamstwo?
I przecież każden z nich wiedział, że oszukuje swoje społeczeństwo, każden z nich kłamał z śmiałym bezwstydnym cynizmem.
Czerkaski myślał długo, skąd ta bezczelność i bezwstyd się bierze. Dlaczego społeczeństwo ten bezwstyd obłudy toleruje, bo przecież wie, że jest oszukiwane. Ha, ha, ha... splunął i chciał wyjść.
Ale w tej chwili podszedł do niego Stasinek i mówił smutnym głosem:
Wiesz, tyś mi straszną przykrość wyrządził. Powiedziałeś temu łajdakowi, co się ciebie czepiał, że ma się ze mną spichnąć przeciwko tobie. Tym razem ogromnieś się pomylił.