Z dalekich wspomnień wyłonił się wspaniały obraz.
Przypomniał sobie ostrą, mroźną noc, gdy przez zmarznięte morze pędził saniami —
Ten potężny biały majestat śniegu, ten dziwnie próżny majestat śmierci i ta ogromna, zastygła cisza cmentarna.
Radosny dreszcz przebiegł jego ciało.
— To będzie nasza podróż ślubna — szeptał:
Tam, tam, po przez tę pustynię śnieżną, tam gdzie kraina tysiąca jezior, kraj wodospadów i lasów dziewiczych, kraj wiecznej wiosny, zdala, zdala od tych strasznych malaryi, które tu wszystkim swym jadem krew rozkłada...
Późną nocą zaszedł do restauracyi pod białym pawiem.
Naokół wielkiego stołu siedziało kilku malarzy, paru literatów, kilku „genjuszów bez teki”.
Stasinek jak zawsze błądził pijanemi palcami po fortepianie, ale tym razem cała gromadka była jakaś chmurna i milcząca.
Śmierć dwóch kolegów zaciężyła duszną atmosferą.