Poniosę ją na tym szalonym gryfie mej miłości, chociażby się rwała w rozpacznem poczuciu obowiązków, a może znajdziemy to wielkie szczęście upojenia, jak tam oto tych dwojga, co nie czują razów kamieni, czyści, chociaż ich kałem i błotem obrzucają, i święci nawet w zbrodni.

Tysiąc pytań, tysiące wątpliwości, lęk, wyrzuty sumienia, to wszystko kotłowało w bezładnym chaosie w jego głowie, ale podziemny jakiś, ukryty głos nakazywał mu głosem władcy nie z tego świata:

Postanowiłem!

A burza w jego mózgu srożyła się, szalała i wichrzyła coraz mocniej.

Ale głos podziemny powtórzył z wielkim, królewskim majestatem.

Postanowiłem!

I tuż uczuł jakąś wielką, dziką rozkosz, by zapanować nad tym dzikim chaosem i zamętem w swym mózgu. Uczuł dreszcz dumy, że w nim objawiła się siła i wola jakiejś potęgi nieznanej, niezgłębionej, a odwiecznej i świętej, że jak w krzaku ognistym Bóg w nim przemówił:

„Ona jest duszą twej duszy, jest linią twego przeznaczenia i tobie jednemu dałem do niej prawo”.

A teraz burza zamilkła i z cichym radosnym szeptem powiedział:

Postanowiłem!