A morze jak widne i szerokie lodem i śniegiem pokryte.

Sanki w uprzęży trzech rysaków pędzą co koń wyskoczy po martwem jego łonie. A Hanka tak gorąco do niego przytulona, schowana pod jego futrem niedźwiedzim, z nim razem dąży tam, gdzie w ciemnej nocy smuga latarni morskiej znaczy drogę, a potem dalej i dalej choćby na koniec świata, ale razem...

— To szczęście! Niech ono będzie bezmiarem rozpaczy, bezmiarem zgryzot, bezmiarem wyrzutów palących —

— Niech ono będzie najboleśniejszym, ale pozostanie szczęściem, bo taka miłość pięknem jest —

— Niech ono będzie całym rajem wspomnień wierzącego dziecka —

— Niech ono będzie wiosennem drganiem całej przyrody, która olbrzymiem tętnem wali o spiż jego serca. —

— Niechaj będzie rozszalałą burzą sypiącą gromy i błyskawice na jego głowę —

— Niechaj go tumani błędnemi ogniami po ścieżkach z których lada krok w przepaść bezdenną runąć można — Ale z Hanką, to szczęście!

Hanka!

I tak chodził długo po mrocznym pokoju i tęsknił i wołał za nią w noc ciemną: