Hanka!
Haniu, jutro pojedziemy.
Czerkaski mówił to stanowczym rozkazującym głosem.
— Ja muszę żyć w prawdzie i piękności.
Nie chcę upodlać swej duszy. Przecież byłoby to dla mnie niezmiernie wygodnem, przeżyć cały raj pieszczot z tobą, a wszystkie obowiązki twemu mężowi pozostawić. Ale ja cię kocham i to byłoby dla mnie upodleniem i męką najcięższą. A ty Hanuś, ty która masz tak czystą i piękną duszę zrozumiesz to, że gdybyśmy tak dalej jego zdradzać musieli, to z czasem miłość nasza stałaby się brzydką, bo musiałaby się stać lękiem, kłamstwem, obłudą i co najstraszniejsze: bezprzestannym wyrzutem sumienia.
Hanka drżała.
— To ponad moje siły, ponad moje siły.
— Nie, nie Hanuś, nie — szeptał cicho i miłośnie...
Hanula, wczoraj całemi godzinami myślałem o tobie. Byłaś białym, lśniącym śniegiem, co tysięcem blasków roziskrzył mi duszę. Widziałem cię odzianą w kwietnią pychę wiosennego kwiecia, czułem cię w dzikiej, rozszalałej burzy nad spienionemi falami jeziora, widziałem cię jako błędne ognie, co w przepaść mnie prowadziły... Wszystko przeżyłem, co człowiek przeżyć może, a teraz Hanka...
Zamyślił się, a po chwili: