— Przychodzi do siebie — powiedziałem — ale bardzo osłabiony.
Dziwne, jak ta słaba, wątła kobieta umie się opanować; była chwila, że mi się zdawało, iż omdlałą podchwycę w ramiona.
— I cóż dalej, cóż dalej? — Czerkaski drżał jak w febrze.
— Nic więcej. Jej mąż nadszedł.
Twarz Czerkaskiego mieniła się ustawicznie.
— Co ci jest? — Szarski przyskoczył ku niemu.
— Nic, nic. Jestem tylko bardzo osłabiony. Mój drogi, pozwól, że zostanę sam. — Zamknął oczy i zdawał się usypiać.
Szarski wyszedł po cichu.
Szła, cicha, smutna, przez ciemne komnaty jego duszy.
Szła, jak cichy uśmiech cierpienia prześlizguje się przez kielich więdnącego kwiatu.