Pomnę: dzieckiem jeszcze jestem.
Niebieskie dale przede mną, bladoniebieskie, żarem płonące dale. Słońce przepala ziemię, trawi zieloność, stoi nad jeziorem miliardem ostrych skaczących płomyków, a nade mną wybiega topól bystrym wierzchołkiem w błękit niebios.
A me oczy błądzą w bladoniebieskich dalach, w drgającym żarze do biała roztopionego słońca. To drganie, ten żar letniego słońca widziałem kiedyś wokół twych oczu, gdyś się w parnym spowiciu naszych ciał do mnie tuliła.
Tam przede mną obraz, któryś tak bardzo kochała: szeroki step burzanów5, pożółkła trawa, spiekłe zielsko. Małe bagno porosłe sitowiem w zmroku wieczornym. Wyschłe gałęzie wierzb obwisły nad brudną wodą, a gdzieś w mglistej dali na wpół rozpadła chata.
A smutek stepów, posępna jesień, syta bólu i tęsknoty, szeroka duma spieczonych burzanów — toś Ty!
I widzę niebo, jak gore we wszystkich blaskach. Kłębią się tęczowe chmury, na krańcach nieba leją się strugi roztopionego złota, zapadłe słońce tryska w górę krwawą pożogą, a od zachodu do wschodu piętrzy się wściekła kaskada purpury i ognia. Z wolna gasną purpury i ognie, tylko jedna szeroka rana krwawi się na olbrzymim czole nieba.
Patrzę na niebo i na skon6 białego dnia. A rana rośnie i wgłębia się w ciemny błękit, zmienia się w otchłań stęchłej krwi, coraz głębsza wrasta w niebo czarna cień7 ziemi, rozdarta drgającym przebłyskiem ostatnich promieni, aż wreszcie wszystko zanika i gaśnie w ciężkich, czarnych oponach nocy.
A blask zachodu, krwawe łuny na ciemnych błękitach, ta chmurna zmiana, przebłysk i zanik — toś Ty.
I słyszę pieśń: jeden ciemny głęboki ton, a na nim rozlane niebieskawe cętki światła. I płynie ton cicho i poważnie jak strumień górski, z obu stron niebotyczne ściany nagich skał. Naraz jak błyskawica prześlizgnął się wąż chciwych pragnień, lubieżnego śmiechu i spłonął w gorącym krzyku rozkoszy.
O, nieraz wytrysły te węże z twych oczu w spokojne głębie mego serca. Oplotły je w nęcących pieszczotach, tarły się o nie lubieżną rozkoszą i kładły się w jego namiętnym żarze do snu.