U wylotu porzeczkowej uliczki, przed domkiem szarym, z doniczkami fuksji w oknach, siedziało na ławce kilku starców. Jesienna zaduma pochyliła im głowy ku pięściom rąk zaciśniętych na laskach. Nie podnieśli ich ku niemu, gdy mimo168 przechodził — doskonale obojętni...
Parę kroków dalej jakaś staruszka w czarnym szalu zarzuconym na zgarbione plecy skrapiała polewaczką kwiaty; skromne, tanie kwiaty, które widuje się w ogródkach podmiejskich, za szybami chłopskich chat, przy polskich drogach: malwy czerwone i fioletowe, ślazy lilioworóżowe i siwe skabiozy. Obok kopał grządkę wysoki, w szary prochownik odziany mężczyzna; szerokie skrzydło kapelusza ocieniało mu twarz. Gdy Pomian mijał tę parę, ogrodnik nagle wyprostował się i spojrzał na przechodnia. Wtedy Pomian poznał w nim człowieka, którego szukał. Była to ta sama zawiędła, zmęczona już śmiertelnie życiem fizjognomia, którą ujrzał wtedy spoza szyby.
Podszedł ku niemu i, zdejmując kapelusz, przedstawił się.
— Szantyr, emerytowany oficjał169 pocztowy — odparł tamten, odpowiadając na ukłon.
I odrzuciwszy rydel, otarł pot z czoła.
— Uf! — odsapnął tonem naturalnym, jak gdyby rozmawiał ze starym znajomym. — Zmęczyłem się dziś porządnie. Proszę, może pan zechce zaglądnąć do mego pokoju. Mieszkam stąd niedaleko. O, w tym domku na skrzydle. Tam będziemy mogli porozmawiać swobodniej. Przeczuwałem, że tymi dniami pan do mnie zaglądnie.
Pomian słuchał osłupiały.
— Ależ pan mnie nigdy w życiu nie widział! — zauważył tonem protestu.
Szantyr uśmiechnął się.
— Łaskawy pan żartuje. Mógłbym to samo powiedzieć o panu ze względu na mnie. A jednak my się znamy już od dawna. Zresztą — pan tu przyszedł do mnie — wyłącznie po to, by się ze mną zobaczyć.