Weszli do pokoju, miłej, słonecznej, skromnie urządzonej izdebki.

— Tu mieszkam — rzekł gospodarz i wskazał gościowi krzesło. — Za ten pokoik wraz z utrzymaniem oddaję im moją pensyjkę i pełnię funkcję zakładowego ogrodnika.

— Nader miłe zajęcie — odparł Pomian, byle coś powiedzieć. — Obcowanie z przyrodą wpływa dodatnio.

— O tak! Zwłaszcza na mój potargany na strzępy ustrój nerwowy.

Ostatnie słowa Szantyra wywołały w Pomianie szczególne wspomnienia. Nagle przypomniał sobie, że przed laty wyczytał w dziennikach jego nazwisko wplątane w jakąś sensacyjną awanturę.

— Nazwisko pańskie teraz skądś sobie przypominam — rzekł przypatrując mu się z zainteresowaniem. — Pamiętam jak przez sen, lat temu 10, może 11, zdarzył się w mieście jakiś kolosalny skandal, którego ofiarą podobno padł człowiek noszący to samo nazwisko.

Szantyr pochylił smutno głowę.

— Pamięć dobra. Tak: to ja padłem ofiarą niesumienności hipnotyzera.

— Podobno jakiś lekarz?

— Tak: dr Józef Wokierda. Wyzyskując wpływ, jaki zdobył na mnie dzięki długoletnim eksperymentom, skłonił mnie jednym ze swych nakazów hipnotycznych do wykonania czynu haniebnego.