— Lecz prawda podobno wyszła na jaw?
— Tak. Obrońca wykazał moją niewinność. Uwolniono mnie, a zasądzono właściwego winowajcę. Lecz wkrótce potem musiałem zrezygnować z posady. Mój organizm, zrujnowany kompletnie przez doświadczenia tego łotra, nie pozwolił mi dłużej na spełnianie funkcji zawodowych. Wtedy osiadłem na resztę życia w tym ustroniu.
Na chwilę zaległo milczenie. Pomian uczuł pewne zakłopotanie. Znalazłszy się twarzą w twarz z tym człowiekiem, nie wiedział, o co go właściwie zagadnąć. Lecz Szantyr uprzedził go, wyzwalając z nijakiej sytuacji.
— Winien mi pan parę wyjaśnień — rzekł nagle, skupiając na nim spojrzenie sennych, znużonych oczu.
— Proszę. Służę nimi w każdej chwili.
— Oczywiście pamięta pan ten wieczór, dwa lata temu, mniej więcej o tej samej porze, kiedy to pan, przechodząc mimo naszego schroniska, rzucił przypadkowo okiem w jedno z okien?
— No, tak. Pamiętam.
— Pan myślał wtedy o dżentelmenie w wieczorowym stroju, w białej kamizelce, z monoklem w oku.
— Możliwe. Nie pamiętam zresztą. Tak błahy szczegół.
Szantyr zaprzeczył energicznym ruchem ręki.