Dojrzewało południe. Październikowe słońce, zakreśliwszy słaby łuk na niebie, przeważało się ku zachodnim jego rubieżom. Nad miastem unosiła się miedziana omrocz kurzu i dymów. Zanurzone w niej niby w ciężkim, roztopionym złocie wieżyce kościołów, banie cerkwi i cylindry kominów rysowały się na turkusowym tle nieba w konturach zatartych, zgaszonych, na pół wizyjnych. Po skwerach, wzdłuż alej parkowych, po ogrodach strząsał wiatr jesienny ostatnie liście, odsłaniając kośćce drzew czarne, sztywne i sieroce. I szły od tych drzew na miasto żałość i melancholia... W atmosferze drzemało coś niby ważkie, przebolesne zamyślenie. Po ulicach tułał się smutek — przechodzień bezimienny, snuły zdane na łaskę wichrowego losu wiotkie przędze „babiego lata”, chwiały w sieci przeplotów druty kolei elektrycznej...

Na gładkich, lśniących taflami białego marmuru stopniach terasy u wejścia do gmachu Sprawiedliwości zaczerniała postać Pomiana. Szedł szybkim, nerwowym krokiem. W pewnej chwili drgnął, przystanął i zaczął nasłuchiwać... Wybijały dwunastą w południe miejskie zegary. Zaczął ratuszowy, podjął arię farny, potem zagrał mariacki, po nim inne po kolei... Ostatni, niby dalekie westchnienie ulgi, rozbrzmiał głos dzwonów na Dębinowej Kępie...

„Dzwony Bugaju” — przemknęła dziwna myśl i sczezła zgaszona przez bezpośredniość chwili.

Pożegnał spojrzeniem zalane przez słoneczną roztocz miasto i wszedł do wnętrza sądowego gmachu.

— Pan sędzia śledczy, Góralski, przyjmuje? — zapytał, podchodząc do loggii woźnego.

— Proszę. Właśnie skończył przesłuchanie. Tędy, przez te oszklone drzwi, w parterze, drugie biuro na prawo.

— Dziękuję.

Pomian zapuścił się w długi, mroczny korytarz...

Pisałem w czasie od 31 X 1923 do 9 VIII 1924.