Preludia
Od trzech tygodni prawie dzień w dzień powtarzały się te „historyjki”. Z pozoru wyglądały niewinnie niby psoty pustego łobuza wyprztykującego skądś zza krzaka papierowe gały prosto w nos znienawidzonego mentora — takie sobie błahe, nikomu właściwie nie szkodzące figle. Tak, tak — zapewne. I Pomian nie byłby przywiązywał do tych drobnostek większej wagi, gdyby nie podziemne, głęboko od posad duszy płynące przeczucie, że są one zapowiedzią czegoś poważniejszego. Jakaś organiczna, o doświadczenie lat ubiegłych oparta a półświadoma pamięć ostrzegała przed czymś, co przyjść miało po tych niewinnych preludiach.
A zaczęło się istotnie od dość śmiesznych objawów. Kto inny, mniej wrażliwy na tego rodzaju odchylenia od normy, może by tego nawet nie zauważył — Pomian spostrzegł w lot, że nie wszystko w porządku.
Któregoś dnia zaobserwował pewien charakterystyczny szczegół w rozmieszczeniu sprzętów w pracowni. Zwykle panował tu iście artystyczny nieład i zupełna, nieskrępowana niczym swoboda; tego dnia, wszedłszy po obiedzie do swego sanktuarium pracy, ze zdziwieniem stwierdził wzorowy, prawdziwie burżuazyjny porządek: krzesła poustawiane parami pod ścianą jak żołnierze w ordynku33, papiery i przedmioty na biurku poskładane symetrycznie po obu skrzydłach, książki pochowane solidnie w szafie bibliotecznej.
Pomianowi zrobiło się od razu nieswojo: nie cierpiał symetrii.
Czyżby Józef śmiał uraczyć mnie próbką swojego smaku w urządzaniu intérieur’u34? — pomyślał poirytowany i zadzwonił na sługę.
— Kto ci tu pozwolił robić porządki? — napadł gwałtownie na wchodzącego. — Czy ci nie wystarczają tamte dwa pokoje?
Oczy starego wygi zaokrągliły się.
— Niczego tu, proszę pana, nie tykałem od sześciu dni; w środę ubiegłą, tj. tydzień temu, pościerałem tylko prochy35, nie ruszając palcem niczego, stosownie do rozkazu. Zresztą od wczoraj pokój był zamknięty i żywa dusza nie mogła się tutaj dostać. Chyba... — uśmiechnął się dobrodusznie — chyba kaduk36 przez dziurkę od klucza.
Pomian przyznał mu rację; istotnie teraz przypomniał sobie, że dnia poprzedniego, wychodząc rano na miasto, zamknął za sobą pokój.