— Hm — mruknął niechętnie — to prawda...

W parę dni potem zauważył, że wszystkie obrazy w pracowni wisiały jakoś krzywo, odchylone lekko o pewien kąt od linii poziomu. Uderzyło to nawet sługę, który właśnie wtedy znajdował się w pokoju.

— He, he, he! — zaśmiał się, rozglądając ciekawie po ścianach. — Wszystkie malowidła dzisiaj jakoś „na bakier”; jakby je licho jakieś poprzekrzywiało! He, he, he! To tak z fantazją, proszę pana, z fantazją. Całkiem jak u Grześka, czeladnika od szewca z parteru, kiedy sobie podpije i czapkę nasunie na ucho. Trzeba to naprawić.

I nie pytając o pozwolenie, przywrócił obrazom właściwą pozycję.

Dwukrotne doświadczenie zaostrzyło czujność Pomiana; miał się odtąd na baczności. Od pamiętnej środy, kiedy to po raz pierwszy zaobserwował podejrzane przemiany, nigdy nie pozostawiał za sobą pokoju otworem i nie rozstawał się z kluczem; Józefowi dozwolony był wstęp do pracowni tylko w jego obecności, a rzadkich gości przyjmował zawsze w saloniku na skrzydle. Zresztą nikt tu prócz niego samego nie zaglądał: Pomian był kawalerem, a nieliczni krewni mieszkali w Krakowie i na prowincji. Mimo tych środków ostrożności „figle” nie ustawały; niemal dzień każdy przynosił ze sobą nową niespodziankę. Coś złośliwego wkradło się do domu i płatało łobuzowskie psoty. Fotel, postawiony dzisiaj pod oknem, nazajutrz znachodził się nie wiadomo jak na drugim końcu pokoju pod lustrem, wazon z palmą, stojący zwykle w niszy koło biurka, zawędrował pewnego dnia po powrocie Pomiana z miasta do tylnej partii pracowni za piec; dziś rozsypał ktoś na dywanie pudełko ze stalkami37, nazajutrz rozrzucił po podłodze kartki rękopisu, w parę dni później wywrócił do góry dnem kosz na papiery.

Pomian był wściekły. O ile zrazu bawiły go te „psie figle”, o tyle z czasem sprzykrzyła mu się ich natrętna ustawiczność. Tym bardziej iż głuche przeczucie mówiło, że nic to dobrego nie wróży. Jakaś nieuchwytna pamięć, jakaś organiczna mneme38, rejestrująca przeszłość w podświadomych złożach duszy, zdawała się ostrzegać przed czymś, co teraz, wkrótce już miało nastąpić; Pomian miewał chwilami mgliste wrażenie, że podobne objawy już parę razy przedtem w życiu swym przeżywał, że to, co go teraz uporczywie prześladuje, kiedyś już, dawniej, było, a obecnie powtarza się z pewnymi odmiankami. Z zaciśniętymi od pasji zębami postanowił jednak wytrwać i wytropić „błaznujące indywiduum”.

W tym celu spędzał całe dnie w zaatakowanym pokoju, śledząc bacznie każdy szczegół. Na próżno. Ani razu nie udało mu się przyłapać nikogo, ani razu nie zdołał zaobserwować najmniejszego ruchu wśród sprzętów i przedmiotów składających się na całość wnętrza. Natomiast wystarczyło wyjść na chwilę z pokoju, by po powrocie zauważyć jakiś nowy „kawał”.

W końcu wziął się na sposób: zaczął obserwować swoją pracownię z zewnątrz, tj. z przyległej obok sypialni. Całymi godzinami ślęczał tu na krześle, zaglądając do wnętrza przez dziurkę od klucza. Rezultat był żaden: nie spostrzegł nic podejrzanego; zawsze jakoś stawiano go wobec faktu dokonanego, nie pozwalając na śledzenie przebiegu i sposobu przeprowadzenia figla.

Wtedy chwycił się innego środka: postanowił zaskoczyć znienacka „błaznującego sztubaka”. Parę razy dziennie w rozmaitych porach wpadał nagle do pracowni, obejmując wnętrze badawczym spojrzeniem. Lecz i ta metoda zawiodła. W pokoju nie zastawał nigdy żywej duszy; drzemały tylko jak zwykle po kątach rozproszone sprzęty i wałęsały się po biurku rozrzucone w nieładzie notatki i rękopisy.

Aż pewnej nocy, gdy zmęczony długą lekturą zasnął na parę godzin, nagle zdało mu się, że ktoś chodzi w sąsiednim pokoju. Zerwał się z łóżka i z zapaloną świecą rzucił się ku pracowni.