Nie było nikogo. Pełzały mu tylko u nóg czarne, pokraczne cienie przedmiotów. Lecz gdy spojrzał przypadkiem w zwierciadło, wychyliła się ku niemu z jego szklanych głębin czyjaś twarz: szerokie, zmysłowe usta poruszały się ruchem mlaskającym żwacza, obrzękłe i krwią nabiegłe lewe oko przymrużało się z diaboliczną filuterią, a od czarnej jak kruk czupryny aż po linię opuszczonych ku dołowi wąsów zbiegały ustawicznie nerwowe fałdy dreszczy.

— To on! To on! — zakrzyczało coś w nim, budząc uśpioną świadomość.

— To ty! To ty! — odparował głos drugi.

Świeca wypuszczona z drżących palców upadła na posadzkę i zgasła. Wśród absolutnej ciemności gnany kańczugami39 trwogi dopadł drzwi, zatrzasnął je za sobą i po omacku ubrawszy się, wyszedł na miasto...

Wróciwszy do domu nad ranem, długo studiował swoją postać w wielkim stojącym lustrze w salonie. Badanie wydało widocznie wyniki ponure, bo chmurny i zasępiony zapuścił na wszystkie zwierciadła w domu szare, płócienne pokrowce. Po południu golił się „na pamięć”. Tegoż wieczora po raz ostatni rozmawiał ze sługą oko w oko; z zachowania się Józefa wywnioskował, że czas już najwyższy porozumiewać się z nim tylko przez drzwi z drugiego pokoju. Stary przypatrywał mu się spode łba ciekawie i widać było, że zadaje sobie gwałt, by nie zrobić jakiejś uwagi. Wreszcie jednak mus wewnętrzny wziął w nim górę, bo pod koniec rozmowy na dobranoc rzucił niby niechcący przypuszczenie:

— Wielmożny pan zapewne wkrótce stąd wyjedzie?

Pomian zaskoczony podniósł nań pytające oczy:

— A to dlaczego? Skąd ta nowina?

Sługa spuścił oczy zmieszany i bąkał niewyraźnie:

— Tak mi się coś zdawało... że niby... tak jakoś może teraz wypada... Jak to już było parę razy w ubiegłe lata... Zwyczajnie w taką paskudną godzinę pan wyjeżdżał... Bo tak prawdę mówiąc, wielmożny pan trochę teraz przemieniony...