— Idźże sobie precz do stu diabłów! — wrzasnął Pomian, zrywając się z krzesła. — Kto ci pozwolił wtrącać się do nieswoich spraw? Trzymaj język za zębami, jeżeli nie chcesz stąd wylecieć raz na zawsze!
Józef mocno skonfundowany wyniósł się cicho do swojej izdebki.
Odtąd rozmawiali ze sobą tylko przez drzwi. W ogóle od owego wieczora Pomian stał się dla świata niewidzialny; nie wychodził z domu, chyba późnymi wieczorami, a u siebie nie przyjmował nikogo; izolował się od ludzi zupełnie.
Uwaga sługi zrobiła na nim ogromne wrażenie; zrozumiał, że musi się zastosować do zmienionych warunków swojej powierzchowności. Równocześnie zaczął zdawać sobie sprawę z przemian wewnętrznych. Od pewnego czasu zauważył u siebie niemal zupełne zobojętnienie dla spraw, które go dotychczas zajmowały; kierunek jego duchowych zainteresowań zmienił się do niepoznania. Sybarytyzm praktyczny zajął miejsce dawnych ideałów: zaczął patrzeć na świat okiem pogodzonego ze stanem rzeczy deterministy; imponowała mu teraz siła pięści, spryt życiowy i brutalność. Czuł, jak powoli przekształca się w osobnika złośliwego i podstępnego, jak budzą się w nim instynkty bestii ludzkiej niecofającej się przed niczym.
Na razie uświadamiał sobie jeszcze te zagadkowe przemiany — lecz mogła przyjść godzina, w której reszta tej świadomości zatrze się i zgaśnie. A co wtedy?...
Pomian przeczuwał tę chwilę i drżał na samą myśl o tym. Co począć wtedy? Jak się zachować w takim wypadku?
Pytania te dręczyły go niewypowiedzianie, mimo woli nasuwając jako odpowiedź oględną radę Józefa:
— Wyjechać! Wyjechać stąd jak najdalej, jak najprędzej!
I może byłby poszedł za wskazówką, nie czekając na dalsze postępy przekształcenia, gdyby nie dziwne zdarzenie, gdyby nie cudownie piękna przygoda, która na czas pewien wstrzymała go od wykonania zamiaru...