Żegnał przez okno ukochane miasto. Za godzinę „Express-Oriental” miał go unieść w dalekie kraje, na nieznane przygody, nieprzeczuwane emocje. Obok na krześle czekała nań waliza podróżna wypełniona po brzegi, w sąsiednim pokoju niecierpliwił się ulubiony chart węszący wyjazd i zmianę miejsca.

Pomian zapalił powoli cygaro i pojąc się liryzmem rozstania, patrzył w dół na rozgwarzoną przedwieczornym chorałem panoramę. Miasto pławiło się w roztoczy zachodu. Nad zgiełkiem dachów, kopuł, bań, nad graniami gmachów i kamienic żagwiły się w agonii słońca strzały wież, błogosławiły światu rozpostarciem ramion kościelne krzyże. Szare pasma ulic popstrzone tu i tam ludzkim mrowiem przecinały się w tysiączne sploty, krążyły w liniach wężowych dookoła budynków, pełzały pomiędzy domami niby długie, leniwe tasiemce. W powietrzu wisiała nieruchomo ociężała, błękitnośniada śrzeżoga: nasycony rozwór dymów fabrycznych, mgły i wyparów rzeki. W południowej stronie miasta z belwederku40 na szczycie obserwatorium puszczał ktoś na pogodny, turkusowy błękit bukiety rac; ogniste pociski, wyrzucone w przestrzeń potężnym pchnięciem gazów, leciały podobłocznym szlakiem, hen, hen w przestworza, dosiągłszy zenitu, pękały z sykiem granatów i, siejąc wokół deszcz iskier i gwiazd bez liku, staczały się cicho linią paraboli na ziemię... W pewnej chwili odezwały się dzwony: z wieżyc kościołów spłynęły ku miastu na skrzydłach dźwięków zwiastuny dobrej, przedwieczornej nowiny. Ave Maria!...

Czyjaś dłoń dotknęła nieśmiało jego ramienia. Pomian drgnął i odwrócił się...

Byłaż to wizja czy wyśniona po latach tęsknoty rzeczywistość? Madonna w godzinę łaski przeogromnej zstępująca z piedestału niebios w zacisze samotnika czy marzenie mocą duszy spragnionej zrealizowane na chwilę — na krótką, bezpowrotną chwilę?

W ramie kornetu41 rysowało się alabastrowobiałe, jakby wyrzeźbione w onyksie oblicze przecudnej mniszki. Oczy fiołkowe, pełne niewysłowionej słodyczy i zadumy, oczy mieniące się złotawym połyskiem opalu tonęły gdzieś w przestrzeni. Na ustach lekko rozchylonych błąkał się uśmiech-zagadka. Smutek tęskniącej róży czy grymas goryczy?...

Pomian skłonił się głęboko.

Virgo immaculata42! — mimo woli uczciły ją szeptem oczarowane wargi.

Bał się ruszyć z miejsca, głos podnieść, by nie spłoszyć urokliwego zjawiska.

— Pozdrowion mi bądź w imię Pana! — usłyszał jakby skądś ze sfery zaziemskiej idące ku sobie powitanie. — Niechaj łaska Chrystusa spłynie na dom twój, panie, nawiedzony smutkiem i niech rozproszy mroki błędu zdradziecko w nim utajone.

Oderwała oczy od jakiegoś punktu w przestrzeni i skierowała je na niego. Nie wytrzymał siły spojrzenia i rażony ogromem ich piękna opuścił głowę. Czuł, że radość bezbrzeżna i zachwyt rozsadzą mu serce; nadludzkie szczęście rozpierało falującą pierś, szaleństwo uwielbienia zamgliło źrenice; zachwiał się i oparł rękę o ścianę, by nie runąć jej do stóp.