— O siostro, siostro przedziwna!

Z fałdów zakonnej stoli43 wysunęła się ku niemu dłoń smukła, o wytwornej linii rysunku, jak u dziewic mistycznych. Ukląkł i przyciskając dłoń tę do ust, całował z upojeniem. Był oszołomiony; wszystko wydało się tak nieprawdopodobne, wyjątkowe, jak w bajce. Chwilami myślał, że śni lub marzy, lecz żywe, tętniące młodą krwią ciepło tej ręki, którą czuł pod wargami, mówiło, że mniszka jest cudną rzeczywistością.

Podniosła go ku sobie ruchem ręki. Splótłszy dłonie, w milczeniu wpatrywali się w siebie. Zachwyt pętał słowa, łamał głos. Słyszał uderzenia własnego serca, widział falę jej piersi pod zakonną szatą. W oczach jej rozbłyskiwały i gasły lazurowe ognie, na posągowe, niby z marmuru wykute jagody wykwitał płomień, to znów wstępowała ścięta mrozem, przeraźliwa bladość. Mieniła się jak trawiona śmiertelną gorączką....

Mijały godziny, płynął czas niepowrotnym ściegiem, zapadały w otchłań chwile — oni stali wciąż we framudze narożni zapatrzeni w siebie, milczący, oniemiali... W jakiejś porze nocy dłonie ich rozplotły się. Smukła, podobna steli nagrobnej postać zaczęła oddalać się jak sen, spłoszony przeczuciem poranka. Nie wstrzymywał jej — tylko ramiona wyciągnął w tęsknocie i błagał spojrzeniem o powrót. Tam u wylotu korytarza odwróciła się raz jeszcze i na pożegnanie podniosła rękę jak do błogosławieństwa... Pochylił głowę pod znakiem tej łaski, a gdy po chwili podniósł oczy w tę stronę, już jej nie było...

Niebem wstrząsały pierwsze dreszcze brzasku....


Nawiedzała go zwykle wieczorną porą. Gdy świat uznojony dziennym trudem sposobił się do ukojeń zmierzchu, a znużone wędrówką słońce zasunęło już tarczę do połowy pod ziemię, spływała ku niemu wśród szeptów pozdrowienia...

Dom jego zamienił się w tym czasie w kaplicę, której duszą i świętą była ona. W głębi oszklonego witrażami korytarza stanął jej ołtarz. Codziennie, w odwieczerza godzinę, gdy dzwony na wieżach grały odwieczną melodię zwiastowania, rozkwitały na mensie44 światła świec i kandelabrów, wśród blasku rozchybotanych płomyków perliły się łzy rosy w kielichach lilii, narcyzów i tulipanów, których pęcze świeżo skropione troskliwą dłonią pochylały się w zamyśleniu mistycznym nad skrzynią tabernakulum. W miedzianych amforach spalały się cicho mira i kadzidło i wysnuwając się z wnętrz w sinobiałych runach, okalały woalem dymów jaspisowy piedestał koło ołtarza opleciony ich skrętami. Obły, lśniący zimno trzon czekał w utęsknieniu...

Wśród cichego prysku przepalających się wonności, wśród słodkiego czadu świec i paschałów45 stawała na cokole owianym kwefami woni i dymów siostra Weronika. Nieruchoma, z głową lekko pochyloną jakby w znak poddania się wyrokowi nieba, ze złożonymi na piersiach rękoma, podobna była służebnicy Pana. Opuszczone powieki zakrywały płomienny szafir jej oczu, rzucając na twarz mniszki cień rzęs długich, jedwabistych, na ustach drzemał uśmiech...

Wstępował na stopnie ku platformie piedestału i, ukląkłszy, obejmował jej stopy. Z ust jego płynęły słowa uwielbienia, ciche zaklęcia, namiętne przyzywania. A gdy modlitwa rozpłomieniona do żaru rozkwitała na wargach w białe kwiaty ekstazy, posąg ożywiał się; podnosiły się w górę wstydliwie opuszczone powieki, z oczu strzelały zagadkowe ognie, a złożone na krzyż ręce spływały parą lilii na głowę adorującego...