— Czym mogę służyć księżom dobrodziejom moim? — przerwał po chwili milczenia tonem swobodnym, bez cienia zakłopotania.
— Rzecz dziwna — odezwał się dotychczas małomówny ksiądz Alojzy — pan Kuternóżka zdaje się znać nas obu od dawna.
— Rzeczywiście — potwierdził prałat — ale skąd? Co do mnie, nie przypominam sobie, byśmy się gdzieś kiedyś już raz w życiu spotkali... Pan od dawna w naszym mieście?
— Od wczoraj, do usług księdza prałata, od wczoraj.
— Tym więc dziwniejsze.
Lewe oko Pawełka przymknęło się filuternie.
— Tajemnica kupiecka — rzekł, uśmiechając się słodko — tajemnica kupiecka, proszę księży dobrodziejów. Szef firmy powinien znać wszystkich w mieście, w którym ma zamiar założyć pracownię, na pół roku przedtem, proszę księży dobrodziejów — na pół roku przedtem.
— To szczególne — zauważył nagle ksiądz Dezydery, nie spuszczając zeń oczu. — To szczególne...
— Co takiego? — zagadnął słodziutko Kuternóżka. — Co takiego, księże prałacie?
— Twarz pańska przypomina mi chwilami kogoś znajomego. Ale kogo — dojść nie mogę.