— Widocznie ów ktoś nie musi być bliskim znajomym. Może jakiś spotkany na ulicy przez księdza prałata przechodzień.

— Być może. Zresztą teraz wyraz pańskiej fizjognomii znów się zmienił zupełnie i nie przypomina mi już w tej chwili nikogo.

— Bogu Najwyższemu chwała — odetchnął na pół z ulgą pan Pawełek.

— Twarze czasem powtarzają się — rzekł zamyślony ksiądz Alojzy. — I tak podziwiać należy pomysłowość matki-natury, która na tyle typów różnych zaledwie parę stwarza do siebie podobnych.

— Święte słowa księdza doktora: nawet diabeł do diabła niepodobny, nie to człowiek do człowieka.

— Znowu wyjeżdżasz waćpan z diabłami?! — upomniał ksiądz Dezydery.

Pardon! Taka to już moja paskudna nawyczka. Ale to tylko z wielkiej abominacji71 do nich, proszę mi wierzyć — tylko z wielkiego wstrętu do złego, a ukochania sfer seraficznych, na honor. Ale czym mogę służyć księżom dobrodziejom moim?

— Przyszliśmy na zakupno odzieży i bielizny kościelnej — objaśnił ksiądz Dezydery, rozglądając się po sklepie. — Na razie jednak nie widzę tu tego, czego nam potrzeba. Widocznie nie urządziłeś się pan jeszcze zupełnie, panie Kuternóżka?

— Do usług księży dobrodziejów. Stroje i bielizna rzeczywiście dotychczas jeszcze niewypakowane, lecz właśnie zabieraliśmy się do tego i skrzynie już pootwierane. Możemy gustować. Proszę bliżej do tych kufrów. Pietrek, podnieś wieko!

I zaczął po kolei wydobywać z wnętrza jedwabne ornaty i kapy bogato złotem szamerowane, haftami ozdobne, z kolumnami z aksamitu lub mory, wzorzyste i w różnych kolorach, dalmatyki złociste z prawdziwego brokatu, stuły adamaszkowe, tuwalnie72 jedwabne i tiulowe, sukienki trójdzielne na cyboria i bursy73 do wiatyku74.