— Uważa ksiądz prałat — tłumaczył mu, mrugając okropnie lewym okiem — chodzi o wywołanie większego wrażenia. Trzeba przerzucić punkt ciężkości obrzędu poza mury kościoła; w czterech zamkniętych ścianach wszystko jakoś kurczy się i gubi — a tu konieczny jest efekt i silny, szeroki gest. Potrzebna jest nieodzownie przestrzeń i jej patos. Sam trud fizyczny wędrówki od stacji do stacji zrobi swoje; poza tym łatwiej nasuną się analogie z pierwowzorem Kalwarii Chrystusowej i narzucą potęgą sugestii pożądany nastrój.

— Tak, tak, masz waćpan słuszność, ale gdzie tu znaleźć odpowiedni teren? Sądzę, że dziedziniec farny nie bardzo by odpowiadał celowi.

— Naturalnie, że nie. Lecz czy nie można by tak poprosić oo. bonifratrów o odstąpienie nam na czas wielkopostny klasztornego ogrodu? Teren wspaniały, wymarzony! Te tarasy, te zakręty!

Oczy księdza Dezyderego zapłonęły entuzjazmem.

— Wyborny pomysł! Jedyne miejsce! Dziś jeszcze pomówię z przeorem.

Jakoż pomówił i uzyskał pozwolenie. Pawełek natychmiast po otrzymaniu przychylnej odpowiedzi zabrał się do urządzenia drogi i przez parę dni niemal nie wychodził z klasztornego ogrodu. Otoczony zastępem gorliwych cieśli, którzy dla pobożnego celu dobrowolnie ofiarowali swe usługi, budował na zboczach ogrodowych kapliczki, wznosił krzyże i stylizował stacje. W połowie czwartego tygodnia wielkiego postu przygotowania ukończono i w najbliższy piątek, dnia 7 kwietnia, odprawiono po raz pierwszy drogę krzyżową pod otwartym niebem.

Dzień był przecudny. Wiosenne słońce, zatoczywszy półpełny krąg na błękicie, skłaniało się powoli ku zachodnim zrębom i cisza ogromna, popołudniowa rozpięła się nad ogrojcem. Około godziny piątej wielka rzesza wiernych zgromadzona u wrótni wchodowej zanuciła starą a rzewną Skargę Matki Boskiej pod krzyżem i za przewodem księdza Dezyderego ruszyła ku pierwszej stacji.

Droga wiła się krętą linią dookoła wzgórza ogrójcowego; nad wysypaną piaskiem i żwirem ścieżą nachylały się nagie jeszcze spławy drzew, przecinając posowę nieba siatką czarnych konarów i gałęzi. Miejscami rozszerzała w przestronną wstęgę traktu, ściany parowu rozstępowały się na boki lub zapadały pod poziom i odsłaniał się widok na majaczejące w dali kontury Karpat. Pod zorzę wieczorną, co krwawą skargą rozlała się tam hen, hen na zachodzie, brzmiała melodia łysogórskiej pieśni. Wiatr przedzmierzchowy, z dalekich gór rodem, wiatr, co przywędrował aż tutaj parowami rzek i wód skalnym wydrożem, porywał na ścigłe skrzydła i niósł w przestrzeń słowa stare, czcigodne, duchem praojców przejęte:

Synku miły i wybrany,

Rozdziel z Matką Swoje rany!