Bo treścią nauk wielkiego kaznodziei była walka z Przeklętym i Odrzuconym od oblicza Pana — walka tytanicza, walka na śmierć i życie. Przytajonego od wieków za szańcami nauki i „oświaty”, unieszkodliwionego pozornie przez „postęp”, zagłuszonego śmiechem „światłej ironii w. XX” wywlókł ksiądz Dezydery z mrocznych komyszy na jaśnie dnia i postawił pod pręgierz. I bił go pletniami82 z żelaza i cierni, smagał kańczugami gniewu i oburzenia, wyszarpywał szponami słów sępich z zaułków ludzkich serc, zawleczonych na głucho przędzą kłamstw kryjówek. Na pazury szło, ona kły, na pięstuki83...
Najgorliwszym słuchaczem księdza Dezyderego był Pawełek Kuternóżka. Oparty o podnóża ambony, w czarnej, podniszczonej mocno zarzutce z podniesionym do góry kołnierzem, łowił chciwym uchem każde słowo wielkiego kapłana. Czasem na ustach jego mięsistych, z dolną wargą wygiętą silnie na zewnątrz, wałęsał się nieokreślony uśmiech, na poły drwiący, na poły melancholijny, czasem wąsy długie, ku dołowi spuszczone, poruszały się ruchem hamowanej konwulsji; po twarzy szarooliwkowej, porytej siatką zmarszczy i kolein, przebiegał skurcz ponurej radości, a nerwowe oko lewe mrużyło się bez przerwy w bezliku drgawek.
Gdy po nabożeństwie lub po nauce rekolekcyjnej prałat opuszczał kościół bocznymi drzwiami przez zakrystię, na progu czekał już nań Pawełek, by wśród głębokich ukłonów i tysiącznych pochwał na temat kazania uprowadzić go z sobą do „pracowni z dewocjonaliami”.
I rzecz szczególna — ksiądz nigdy nie odmawiał. Pociągnięty magnetycznym wpływem tego dziwnego człowieka, szedł z nim chętnie do sanktuariów sklepowych, w których spędzali razem długie godziny wieczorne na wspólnej lekturze i debatach. Kuternóżka otwierał kluczem sekretnym duży, łosiową skórą obity kufer i gościnnie dzielił się z prałatem jego zawartością. Z przepaścistego wnętrza skrytki wynurzały się ku światłu wieczornej lampy stare, stęchlizną czasu trącące księgi, pergaminy i rękopisy, średniowieczne rozprawy o diable i jego praktykach, traktaty o przewrotności demonów i demonolatrii84. Przed oczyma niesamowitych przyjaciół roztwierały się ponure perspektywy zamierzchłych wieków, rozświetlane krwawą łuną stosów autodafe85. Z posępnych kraterów mroku wychylała się smagła postać „Nadolnego Pana” z twarzą wykrzywioną w grymas uśmiechu i przeoraną spazmem bólu bez kresu, bez granic. Przed zdumionym ich spojrzeniem przeciągały rzesze wpół obłąkanych kobiet, nagich, bezwstydnych, płcią opętanych — pełniły się ohydne akty spółki z diabłem — odprawiały świętokradcze zbory i ceremonie...
Ksiądz Dezydery chłonął w siebie straszliwą lekturę z zaciekłością i furią fanatyka: w przeciągu tygodnia opanował zrąb demonologicznej literatury. Pawełek podsycał żar i dolewał oliwy, to tu, to tam dorzucając jakąś trafną uwagę, podsuwając domysł, uzupełniając luki. Usłużny, grzeczny a skromny, nie imponował swą wiedzą; usuwał w cień swą nikłą osobę, a wysforowywał na plan pierwszy gigantyczny kontur szatana.
I wychodził ksiądz Dezydery z „pracowni” Kuternóżki przejęty świętą grozą zła i grzechu, umocniony w zbożnej nienawiści do pana piekieł i podjudzony przeciw niemu do ostateczności. Toteż kazania jego stawały się z dnia na dzień bezwzględniejsze, z dnia na dzień świstały donioślej z ambon smagańce jego słów.
Za przykładem prałata katedralnego poszli inni księża, zwłaszcza mnisi i oo. misjonarze, i wszystkie kościoły drżały od echa piorunów miotanych z kazalnic na Przeklętego.
A Pawełek słuchał i cichutko chichotał. Mały, pocieszny człeczyna...
Wkrótce przyszedł czas na owocobranie. I zaprawdę bujnie obrodziła roku tego winnica Pańska i uginała się potycz winogradu od gron pełnych, soczystych, lubo w smaku cierpkich. Pod stopy konfesjonałów przypadały tłumy obłąkanych grzechem kobiet, by w obliczu kapłana zrzucić brzemię uczynków cielesnych, słów lubieżą86 sytych i myśli pochutliwych. Padały w uszy spowiedników wyznania straszliwe, od lat niesłyszane, i zalewały im zamyślone twarze łuną wstydu i sromu. Wywabiony z zaułków, wywołany z głuchych ostępów diabeł zdawał mścić się za przerwanie mu wiekowej drzemki i rozpuścił z pasją swe wściekłe zagony. Przeto tarzały się dusze w kale porubstwa i żalu kajania...
Wtedy Pawełek poddał przyjacielowi myśl odprawiania drogi krzyżowej poza obrębem świątyni.