— Dość już, dość! — przerwał mu zniecierpliwiony. — Napełniłeś mi waćpan uszy szumem.
— Zupełnie jak diaboliczny Doktór z Kordiana — odparował niezrażony Kuternóżka. — Ksiądz prałat znakomicie obznajomiony z poezją Słowackiego; znać silne reminiscencje literackie w jego stylu.
Ksiądz podniósł nań zdumione mocno oczy; widać było, że nie poczuwał się wcale do imputowanego mu znawstwa.
— Nic nie szkodzi — drwił w dalszym ciągu Pawełek — takie reminiscencje wychylają czasem nieoczekiwane przez nikogo głowy spod progu świadomości.
Prałat spojrzał porozumiewawczo na swego duchownego towarzysza. Lecz ksiądz Alojzy jakby czymś zawstydzony unikał tego spojrzenia, spuszczając nisko powieki na przeczysty lazur swych zamyślonych oczu...
Wielki post szedł coraz głębszy. Krucyfiksy na ołtarzach otulono w czarną krepę, księża przywdziewali do mszy fioletowe szaty, w świątyniach pod nieszpór rozbrzmiewały Gorzkie żale: Kościół powoli wstępował we fazę ponurych rozmyślań i pokuty. W późne marcowe popołudnia, gdy już chore słońce przedwiośnia, wkradłszy się przez szyby witraży, stroiło w pożegnalne glorie figury świętych i malowidła posowy80, a wczesny zmrok wchodził w zmowę z cieniami po wnękach i niszach, rozlegały się w ciszy kościelnych ustroni jakieś szepty stłumione, wstydliwe westchnienia piersi przytłoczonych grzechem, krótkie, z głębi dusz skruszonych wydarte szlochania. Czasem przerywał szmery ust niewidzialnych poważny głos księdza, gdy spowiedź skończył i odpuszczenia udzielał; i wtedy padały z wnętrz konfesjonałów na rany dusz niby balsam kojący słowa ulgi, pokrzepienia, pociechy... Ego te absolvo81.
A żniwo duchowe mieli tego roku spowiednicy nad spodziw obfite. Jakaś wielka, od lat niewidziana fala pokuty przeszła przez miasto i porwała w nurty żalu i kajań się serdecznych ludzkie pogłowie, że przypływem ogromnym w wichrze bólu i skruchy garnęło się tłumnie do stopni ołtarzy. Ksiądz Dezydery święcił pełny tryumf.
Bo też nigdy jeszcze nie rozgrzmiewał głos jego tak donośnie w murach kościelnych, nigdy jeszcze kazania jego nie zionęły takim żarem płomiennej wymowy, jak w pamiętny dla mieszkańców miasta okres wielkopostny roku 19**. Prałat przeszedł sam siebie. Nauki jego wygłaszane z ambon katedry, kościoła farnego na przedmieściu, u św. Teresy, u oo. bonifratrów, rekolekcje dla kobiet u św. Barbary i dla mężczyzn w kościele św. Krzyża nacechowane były iście jehowiczną wielkością i siłą. Drżenie szło po rzeszach wiernych, gdy tam w górze nad łanem ludzkich głów ukazywała się jego postać wyniosła, imponująca i gdy zabrzmiał wśród arkad i transeptów głos jego potężny, metaliczny, lapidarny. I zdawało się ludziom, że duch któregoś z biblijnych proroków wstąpił w chwili osobliwej w ciało tego olbrzyma i każe przez usta jego słowem dziwnie mocarnym, dla uszu grzeszników na miarę czasów Jehowy przeznaczonym. Migotały w nim błyskawice, szalał piorun, przewalała się purpura krwi; kazania księdza Dezyderego miały barwę ponurej czerwieni. Średniowieczny ich patos przejmował dreszczem i kruszył w proch dusze — posępna namiętność wyważała z zawiasów najoporniejsze wrzeciądze, druzgotała na miazgę skruchy najzatwardzialsze, posiódmym pierścieniem bastionów opancerzone serca. Groza zawitała do świątyń Pańskich, straszliwa groza sądów Bożych i przygięła nisko ku ziemi krnąbrne karki...
I zląkł się szatan-przeniewierca na widok ludzkiego kajania, i zadrżał na odgłos razów tarzających się w żalu pokutników. Od lat już, od wielu, wielu lat nikt nie przypuścił doń tak silnego ataku.