Portret odbiera.

Lecz zanim zabrzmiały powrotnym echem słowa refrenu, zaszło coś niespodziewanego. Oto Pielgrzym z Żytomierza, zapatrzony w przodownicę orszaku jak w wizję z zaświatów, wyciągnął ręce i począł iść ku niej w zachwycie; oczy opętane pięknością dziewicy tonęły w jej twarzy, usta drżące od dreszczy ekstazy powtarzały szeptem upojenia:

— Weronika! Weronika! To ona! To ona!

Krzyż pokutny obsunął mu się z ramion i z głuchym stęknięciem upadł na ziemię. Powstało zamieszanie. Ludzie zaczęli szemrać, ozwały się głosy zgorszenia. Wtedy opamiętał się. Nasunął pielgrzymi kaptur, podjął krzyż i chwiejnym, kulawym krokiem wmieszał się w tłum. Przycichła na moment melodia odżyła wzmocnionym akordem i wypełniła sobą po brzegi chwilową przerwę. Procesja ruszyła w dalszą drogę.

Tak szli od stacji do stacji wśród modłów, psalmów i pieśni, wspinając się na coraz to wyższe kondygnacje wzgórza. Długi, czarny wąż ludzki wił się wielokrotnym przegubem po zboczach klasztornej góry, krzepł w chwilowym stężeniu i znów pełzał ku wyżom... Tymczasem słońce zwisło na krańcach horyzontu i oparło ogromną, czerwoną pawęż90 o jego podnóża. Posępne, stalowosine złoża chmur rozciągnęły się nad nim kształtem ławicy i odcięły od reszty nieba. Więc konało samotnie pod osłoną kirów...

Droga dobiegała końca. Już gorzał w szkarłacie zachodu szczyt Golgoty, nagi, skalisty, z trójcą krzyży. Promienie dogasającego słońca otoczyły je ponurą glorią i krew zdawała się ściekać z rozpiętych ich ramion. I stały w posoce agonii trzy drzewa męki, kaźni i sromu, i wygrażały niebu kikutami uschłych rąk. Jakieś duże, żałobne ptaki, które usiadły im na barkach, lśniły z daleka w pokrwawiu słońca czarnometalicznym połyskiem skrzydeł...

Siostry zakonne zaintonowały Stabat Mater. Jakby wywołany słowami gorzkiej pieśni, zerwał się skądś od parowów wiatr i przeszybowawszy chyżym przelotem przez Kalwarię, zapadł gdzieś po tamtej stronie góry w ogrójcowym jarze. Od miasta nadpłynęły dźwięki zegarów: biła godzina szósta. Ludzie poklękali. Ksiądz Dezydery przystanął i wzniósł rękę do błogosławieństwa. W promieniach żegnającego świat słońca ręka ta rzuciła na drogę cień ogromny, daleki w zasięgu i nasycony czernią. A kontur jego był dziwny: na piasku ścieżki zarysował się ostro profil kozła; wytknięta w przestrzeń para rogów wyzywała do walki, garbaty nos z wykrojem ust pod spodem poruszał się z wyrazem sardonicznego szyderstwa, przedrzeźniała się światu kosmata broda...

Benedico vobis91! — błogosławił kapłan.

Szmer powstał w szeregach orszaku.

— Co to?! Popatrzcie tam, na ścieżkę!...