Gdy pod koniec miesiąca nastały gwałtowne upały, nędzarze ci otaczali tłumnie studnie, wyrywając jedni drugim z rąk wiadra i stągwie. W blaskach majowego słońca perliły się srebrzyste bryzgi wody rozlewanej rozrzutnie przez przybłędów, obluzgując ich rany i spłukując wrzody. A gdy zaspokoiwszy pragnienie, chore włóczęgi odstępowały nareszcie od studzien i fontann, pozostawały po nich niby pamiątka na zrębach cystern i wargach konch gruzły jadowitych wybroczyn i gęstej, zielonawożółtej ropy...

W końcu u schyłku miesiąca, w okresie Dni Krzyżowych94, wybuchła na „Bugaju” zagadkowa choroba. Pierwszą jej ofiarą był kuśnierz Wyrostek, który w samo południe, przechodząc przez targowicę przedmieścia, upadł nagle na bruk z przeraźliwym okrzykiem i wśród okropnych męczarń wyzionął ducha w przeciągu kilku minut. Tegoż popołudnia umarło wśród podobnych objawów pięcioro ludzi. Wszyscy mieli po śmierci twarze stalowosine, na ustach czerwoną pianę, a pod pachami duże, krwią nabiegłe obrzękliny. Nazajutrz zaraza rozszerzyła się gwałtownie, ogarniając całe przedmieście: nie było domu, do którego by nie zawitała w gościnę. Ludzie ginęli dziesiątkami jak muchy; czarny mór zwalał ich z nóg, gdzie tylko dopadł: na ulicy, w kościele, po sklepach, w domu. Nie uchował się przed nim nikt, kogo upatrzył sobie za ofiarę; nie było takiej kryjówki, z której by go nie wywlokły szpony niewidzialnego wroga, nie było tak grubego muru, przez który by go nie dosięgły. Paniczny strach ogarnął pozostałych przy życiu, którzy w dzikiej ucieczce rzucili się ku miastu i rogatkom. Lecz tu zastali wszystkie drogi zamknięte: żelazny kordon wojska zawrócił ich do gniazda zarazy. Komisja sanitarna wysłana z metropolii rozbiła w samym środku przedmieścia baraki i tu tylko pozwalała szukać ratunku. Lecz nie pomogło poświęcenie trzech młodych lekarzy, którzy podjęli bohaterską walkę z niewidzialnym przeciwnikiem; dnia czwartego ulegli i oni kolejno jeden po drugim, wypuszczając ze skostniałych palców syryngi95. Zwycięski mór szalał dalej...

Wtedy oczy wszystkich zwróciły się na księdza Dezyderego: ponury prałat za niemą zgodą mieszkańców „Bugaju” objął nad nimi duchowe dowództwo. Porzucił więc swe zaciszne mieszkanie przy pałacu biskupim koło katedry i przeniósł się do małego, dzikim winem opiętego domku na przedmieściu, by wziąć w swe mocne, stalowe ręce rząd dusz potępieńców.

Zaczął od procesji błagalnych. W dąbrowie na wschodniej rubieży „Bugaju” spuścili drwale olbrzymie, stuletnie drzewo, poobcinali konary, ogołocili z gałęzi. Przyszli cieśle, ściosali pień, wygładzili granie, przybili potężną przecznicę i zrobili krzyż. Potwornych rozmiarów, bo na 20 metrów długie, a na 8 szerokie drzewo męki, poświęcone w kościółku św. Wojciecha na Przylaskiej Kępie, spoczęło na barkach pokutników; wspierając jedni drugich, w znoju, w pocie i udręce, z oczyma nabiegłymi krwią, w zgrzebnych koszulach, parcianych opończach lub szorstkich, z wyciętymi po bokach na ręce otworami worach, dźwigali ten krzyż pokutny z pieśnią na ustach, a rozpaczą w duszach. I szła straszliwa procesja przy blasku świec ogromnych, triangałów w kształcie trójgranu96, gromnic śmiertelnych i latarek krepą osnutych przez ulice przedmiejskie, place, sady, ogrody, wlokła się wśród jęku dzwonów pod turkusową kopułą majowego nieba przez pola, ścieże i drogi, prażona żarem szalejącego słońca, śniada od pyłu, szara od kurzawy, którą wiatr skwarny wzbijał tumanami nad ludzkim pogłowiem. Z zachrypłych od prochu krtani, ze zduszonych strachem gardzieli płynęła ciężka jak roztopiony ołów i groźna jak potępienie melodia suplikacji: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami!”...

W skwarze dnia upalnego, w pogodę pastwiącego się jak na ironię słońca biła z ziemi w przeczysty lazur nieb okrutna skarga-modlitwa.

Pośród łanu głów czernił się krzyż-olbrzym długą, żałobną, wyciągniętą sztywnie belką i posuwał się powoli naprzód w podrzutach barków i pleców. Gdy wyczerpani ciężarem pokutnicy walili się z nóg i omdlewali ze znużenia, w miejsce ich podsuwali się pod brzemię inni, by dźwigać je dalej w męce i katuszy. Wiatr wplątywał im się we włosy i wichrzył w nich nielitościwie, szarpał dziko krucze i płowe bugaje97 niewiast. Z opuszczonych nisko ku ziemi przez drętwiejące palce świec ściekały cicho duże, gorące łzy...

Pod wieczór, gdy już rozpaliło się na niebie pokrwawie zachodu, a spod uznojonej ziemi zdały się iść w bezmiary przestrzeni strzeliste akty bólu i rozpaczy, zatrzymała się procesja przed jedną ze studzien. Tu w blaskach konającego słońca pochylała się nad marmurową konchą wodotrysku słodka postać Madonny. Ostatnie rzuty promieni całowały koralową pieszczotą stopy Przedziwnej, spływając po fałdach jej szat na lśniącą miriadem98 migotów gładź wody. Z przepełnionej po brzegi muszli przelewał się z szelestem zatruty jadem płyn i ściekał srebrzystym obrusem w zbiornik cysterny. Wśród ciszy wieczora zabrzmiał głęboki, metaliczny głos księdza:

Śliczna Panno, Gwiazdo czysta, Maryja!

Opiekunko źródeł, studzien, Maryja!

— Maryja! — podjął melodię tłum. — Maryja! O Maryja Królowa!