Poszybowała pieśń przez wieczorne mroki hen, w dal, pomiędzy domy i ulice, rozeszła się w szerokich kręgach po polach i łęgach, aż zgłuchła gdzieś na skraju dąbrowy pośród drzewnych ustroni.

Z wysuniętym na czoło feretronem Najświętszej Panny szła procesja od studni do studni, od cysterny do cysterny, wielbiąc i adorując Opiekunkę źródeł i fontann.

A późno w noc, gdy już cienie otuliły umęczoną ziemię, orszak dziewic, usiadłszy z ołtarzykiem procesyjnym do łodzi, przy świetle pochodni odpłynął z nim na Przylaską Kępę. Tu otoczony blaskiem żagwi i lamp jaśniał z dala w potokach światła wizerunek Przeczystej, odbierając przez noc całą hołd adoracji. Najpiękniejsze dziewice „Bugaju” błagały aż do świtu Opiekunkę studzien o uzdrowienie ich wód i źródeł...


Aż w trzeci i ostatni z Dni Krzyżowych, w chwili gdy procesja pokutna okrążała stary cmentarz, pojawiła się nagle pośród półzapadłych grobów gromada ludzi, biczujących się wzajemnie skórzanymi pletniami po obnażonych plecach. Świst razów mieszał się z tępym stękiem smaganych ciał i jękiem modlitwy:

— Boże, bądź nam miłościw! Boże, zlituj się nad nami! W potokach krwi naszej ugaś, Panie, pożar Twego gniewu!

I siekli się bez litości po barkach, po ramionach, po lędźwiach, bili kańczugami kurczące się od bólu plecy, chłostali do krwi skórę. Mężczyźni, niewiasty zamężne, dziewczęta, dzieci nawet. Żar pokutniczy przemógł wstyd i bez sromu wystawiały kobiety grona piersi na razy smagańców. Spłynęły strugami krwi białe łona, pokryły się siecią sinych pręg cudnie sklepione biodra i kulsze...

Umilkła pieśń procesji; zahipnotyzowana widokiem samodręczycieli rzesza zatrzymała się u cmentarnego obejścia i jak skamieniała śledziła ruchy opętańców. Ponad krzyk ich pohutnywania wybił się nagle ostrym, wibrującym tonem czyjś histeryczny śmiech. Jakaś kobieta młoda i dorodna wypadła z głębi procesyjnego zastępu i zdarłszy z siebie suknie, nastawiła śnieżne plecy pod ciosy pletni. Trysła krew, plamiąc czerwoną strugą niewieścią bieliznę.

Wtedy ogarnął ludzi jakby szał. W jednej chwili procesja rozprzęgła się. Porwani straszliwym przykładem, ogałacali się z szat i z dzikim okrzykiem wtargnąwszy pomiędzy biczowników, poddawali się chłoście. Inni, zwłaszcza mężczyźni, wyrywali im z rąk świszczące narzędzia kaźni i z kolei zadawali sobie okrutne razy. Wkrótce na całym przedmieściu rozszalała opętana gońba flagelantów99. Hordy zziajanych, ociekających własną i cudzą krwią ludzi, z podniesionymi do ciosu pętlami sznurów i rzemieni, przewalały się z jednego kąta „Bugaju” w drugi. Z żarem żądzy w obłąkanych oczach wystawiały niewiasty swój biały srom pod uderzenia ważkich, nielitościwych rąk męskich, z niewysłowionym uczuciem lubieży czuły na swych skatowanych piersiach, plecach, lędźwiach moc ich dziką, okrutną, nieubłaganą, tę samą moc, co kiedy indziej miażdżyła im łona w przesłodkim uścisku ramion i przygniatała ciężarem bioder w pieszczotach łóż... Bo poprzez mękę kaźni zrodziła się rozkosz...

Na stopniach kościółka, na tle ciemnej zieleni dąbrowy stał z krzyżem w dłoni ksiądz Dezydery. Stał olbrzymi, posępny i wodził ponurym, zamyślonym spojrzeniem po biczowniczej zgrai. Na twarzy surowej, nieprzeniknionej ni cienia wahania, ani śladu wątpliwości: kamienna, nieubłagana maska...