Z młodego zapustu100 wyszła ku niemu gromadka sióstr zakonnych i uklękła na podwórcu kościelnym. Smukła, niezwykłej urody mniszka wystąpiła z grona towarzyszek i powolnym, majestatycznym krokiem zaczęła iść ku stopniom kościoła.

— Siostra Weronika! — poszedł szmer po tłumie. — Siostra Weronika!

A ona, stanąwszy na progu świątyńki, podawała prałatowi klasztorną dyscyplinę, błagając go słowem i oczyma:

— Ojcze duchowny, nie szczędź i mnie razów! Niechaj i na mnie spłynie błogosławieństwo kaźni!

I na oczach tłumu obnażyła się po pas, pochylając kornie w oczekiwaniu chłosty cudny łuk swych pleców.

Ksiądz przyjął z rąk jej dyscyplinę i odstąpiwszy o krok jakby dla nadania sobie rozmachu, podniósł w górę ramię... Lecz w tej chwili jak spod ziemi wyrosła obok niego postać Pielgrzyma z Żytomierza. Kaptur pątniczy zesunął mu się z głowy i odsłonił zmienioną od gniewu twarz Pawła Kuternóżki. Zanim prałat zdołał spuścić karzące ramię, uczuł, jak żelazna jego ręka miażdży mu palce. Więc wypuścił pletnię ze zmartwiałej dłoni i wlepił spojrzenie w twarz napastnika. Przez długą chwilę wśród śmiertelnego milczenia tłumów mierzyli się oczyma pełnymi nienawiści.

— Łotrze! — zasyczał wreszcie chrapliwy, zdławiony od gniewu głos Kuternóżki. — Łotrze, nie waż mi się jej dotknąć!

Na dźwięk słów siostra Weronika drgnęła i podniósłszy się z klęczek, spojrzała na pielgrzyma. W oczach jej zaświtał nagle brzask straszliwego rozpoznania — zbladła, zachwiała się i jak gołębica śmiertelnie trafiona zatrzepotawszy w powietrzu skrzydłami ramion, upadła na wznak na stopnie kościoła...


Pod osłoną nocy skąpo rozświetlanej poświatą księżyca przemykał się Kuternóżka wzdłuż klasztornego muru. Ilekroć światło miesięczne wychynęło spoza zwałów chmar, nasunięty starannie na głowę jego kaptur pielgrzymi rzucał cień dziwaczny, ostrostożkowy.